Przejdź do treści

Wygrana na koniec wyszarpana

Orzeł: Gosławski - Antoniak, Jaworek, Trzmiel, Riccio - Kowalczuk (44' Rohs), Wołejko (58' Mrówczyński), Hermanowicz, Mularczyk, Suślik (63' Soetan) – Kijewski. Bramki dla Orła: Kijewski x 2 (29', 80'), Rohs (90+5') Urok futbolu polega m.in. na tym, że można przegrać

Info Wałcz
Info Wałcz
Aktualizacja: ~7 min czytania 0 komentarzy

Orzeł: Gosławski – Antoniak, Jaworek, Trzmiel, Riccio – Kowalczuk (44′ Rohs), Wołejko (58′ Mrówczyński), Hermanowicz, Mularczyk, Suślik (63′ Soetan) – Kijewski.

Bramki dla Orła: Kijewski x 2 (29′, 80′), Rohs (90+5′)

Urok futbolu polega m.in. na tym, że można przegrać mecz, w którym ma się olbrzymią przewagę, a przeciwnik wyprowadza jedną skuteczną kontrę, stawia autobus w swoim polu karnym i przy ogromnym szczęściu dowozi korzystny wynik do ostatniego gwizdka. Bywa też jednak tak, że gra się nie za bardzo układa, a strzela się zwycięskiego gola w ostatniej akcji meczu. I to właśnie jest przypadek Orła w piątkowym meczu z Darłovią Darłowo.

Orzeł i Darłovia biją się o utrzymanie w 4. lidze, więc rozegrany w Święto Pracy mecz 26. kolejki miał wyjątkowy charakter. Przed pierwszym gwizdkiem sędziego obydwa zespoły dzieliła różnica 7 punktów na korzyść Orła. W poprzedniej kolejce gospodarze doznali bolesnej porażki 2-6 w Gryficach, a Darłovia też przegrała, ale mocno postawiła się liderowi, czyli Białym Sądów, ulegając mu zaledwie jedną bramką. To wszystko nakazywało sporą ostrożność w typowaniu zwycięzcy pojedynku o 6 punktów.

Ukarany w poprzednim meczu w Gryficach czerwoną kartką podstawowy bramkarz Orła Franciszek Kanduła zawieszony został przez Komisję Dyscyplinarną ZZPN na 1 mecz, więc w piątek nie mógł pomóc swoim kolegom. Miejsce między słupkami zajął więc Krzysztof Gosławski i – zwłaszcza w pierwszej połowie meczu – miało to swoje konsekwencje, o których więcej będzie poniżej. W składzie zabrakło również Patryka Ściurkowskiego, który w noc poprzedzającą mecz został ojcem (gratulacje!). Tylko na trybunach można było obejrzeć Ikumę Osakę, który – według nieoficjalnych informacji – jest mocno niezadowolony ze swojej pozycji na boisku i jego przyszłość w zespole Orła wygląda mocno niewyraźnie. To wszystko nie mogło jednak zmienić wyznaczonego celu: ten mecz należało wygrać!

Łatwo jednak powiedzieć albo napisać, ale o wiele trudniej zrealizować. O pierwszej połowie tego toczonego już w iście letnich warunkach meczu prawie cały zespół Orła chciałby z pewnością jak najszybciej zapomnieć. Jeśli gospodarzom wydawało się, że Darłovia przyjechała do Wałcza po najniższy wymiar kary, to musieli zmienić zdanie po zaledwie kilku minutach gry. W składzie gości roiło się od młodzieżowców, szybkich i dobrze panujących nad piłką, ambitnych i nieustępliwych. W jedenastce Darłovii prym wiódł jednak Japończyk Yosuke Kondo, wyróżniający się sprytem, wybieganiem, zwrotnością, dobrym przeglądem pola i… skutecznością. Jeśli pokusić się o szacunki, to stanowił on przynajmniej 40 proc. wartości całego zespołu gości.

A Orzeł w pierwszysch 45 minutach wyglądał słabo. Gospodarze grali wolno i bardzo niedokładnie. Z przodu pokazywali niewiele, a w obronie prezentowali się tak, jakby ich bramki strzegł nie niezbyt ograny w tym sezonie Gosławski, a przynajmniej Łukasz Fabiański czy Wojciech Szczęsny w szczytowej formie. I to się na gospodarzach szybko zemściło. W 24. minucie Darłovia przeprowadziła niezbyt groźnie wyglądającą akcję, po której piłka trafiła jednak do mającego o wiele za dużo wolnej przestrzeni napastnika gości, który z boku pola karnego przymierzył niezbyt mocno przy dalszym słupku i futbolówka ugrzęzła w siatce. O interwencji Gosławskiego trudno coś napisać, bo bramkarz Orła w tym przypadku jej nie podjął.

Jeśli graczy Orła ta sytuacja zirytowała, to za bardzo nie dali tego po sobie poznać. Gra w ich wykonaniu nadal wyglądała tak, jak przed straconym golem, czyli bez energii i pomysłu na sforsowanie uważnie grającej obrony gości. Jedna próba indywidualnej szarży, zakończonej strzałem w środek bramki w wykonaniu Kowalczuka, to było stanowczo za mało. Skrzydłowy Orła był zresztą jednym z najaktywniejszych piłkarzy w swoim zespole.

W 30. minucie piłka trafiła jednak na lewe skrzydło do również wyróżniającego się w swoim zespole Mularczyka, który założył siatkę obrońcy gości, przebiegł z piłką kilkanaście metrów i podał do wybiegającego Kijewskiego. Ten zwiódł na zamach kolejnego gracza Darłovii i precyzyjnym strzałem po ziemi z kilkunastu metrów przy bliższym słupku pokonał bramkarza przyjezdnych.

Radość gospodarzy trwała jednak krótko. Tuż po wznowieniu gry od środka, goście rozklepali środkowych obrońców Orła i wyprowadzili na czystą pozycję strzelecką jednego ze swoich graczy, Gosławski za późno wybiegł z bramki, żeby ograniczyć możliwość trafienia, i za chwilę wyciągał piłkę z siatki.

Zespół Orła wyglądał po tym zdarzeniu jak bokser, który przyjmuje mocny cios na szczękę i chwieje się na nogach. Gospodarze starali się wprawdzie stworzyć jakieś zagrożenie pod bramką Darłovii, ale niewiele z tego wynikało. Na domiar złego w 44. minucie z powodu mięśniowej kontuzji boisko musiał opuścić Kowalczuk, którego zmienił Rohs i – jak się niedługo okazało – został jednym z bohaterów meczu.

O tym, jak wyglądała rozmowa trenera Michorka z zespołem w przerwie meczu trudno cokolwiek powiedzieć, ale faktem jest, że po zmianie stron Orzeł wyglądał już zupełnie inaczej. Gospodarze zagrali przede wszystkim szybciej i bardziej agresywnie. O płynności akcji wprawdzie nadal trudno było mówić, ale to Orzeł stał się zespołem, który dyktował warunki gry. Ataki miejscowych napędzał Mularczyk, po prawej stronie szalał Antoniak, a po lewej Riccio i Rohs, jednak tym akcjom brakowało wykończenia. Jeśli już któryś z graczy Orła miał okazję do oddania strzału, to albo robił to niecelnie, albo zbyt długo zwlekał z uderzeniem i obrońcy Darłovii zdążali zablokować piłkę. Czas uciekał, a widmo porażki coraz bardziej zaglądało miejscowym w oczy. Atakujący coraz większymi siłami Orzeł narażał się na kontry gości i sporo z nich było naprawdę groźnych. Gospodarzom udało się jednak uniknąć straty trzeciego gola dzięki uważnej grze obrońców i szczęśliwym interwencjom Gosławskiego, który kilka razy zachował się tak, jak należało.

Przełomowa okazała się 80 minuta meczu. Po rajdzie i dośrodkowaniu Antoniaka w polu karnym Darłovii powstało kolosalne zamieszanie, w którym najprzytomniej zachował się Kijewski. Napastnik Orła wyłuskał piłkę z plątaniny nóg i z 5 metrów z półobrotu strzelił do siatki. Z gardeł obecnych na meczu ok. 300 kibiców Orła wydobyło się w tym momencie głośne westchnienie ulgi, a potem owacje dla strzelca wyrównującego gola.

Do końca meczu pozostało jeszcze wtedy 10 minut regulaminowego czasu gry plus kilka dodatkowych, bo w meczu było sporo przerw medycznych. Gospodarze ruszyli do regularnego szturmu na bramkę Darłovii i na usta cisnęło się pytanie: dlaczego nie graliście tak od początku!? Orzeł miał kilka sytuacji do objęcia prowadzenia: w dobrej sytuacji spóźnił się ze strzałem Soetan, z kilku metrów pomylił się Trzmiel, a strzał Kijewskiego został w ostatniej chwili zablokowany. Sędzia doliczył do czasu gry 5 dodatkowych minut i kiedy już wydawało się, że mecz zakończy się remisem, w ostatniej akcji meczu błysnął Rohs, który ładnym strzałem z pola karnego prawą nogą umieścił piłkę w siatce. Sędzia nie wznawiał już gry, a kompletnie załamani piłkarze Darłovii długo nie podnosili się z murawy.

Nie było to może najefektowniejsze zwycięstwo Orła w historii, ale wywalczone w trudnym boju 3 punkty mogą mieć kolosalne znaczenie dla walki o zachowanie 4-ligowego statusu wałeckiej drużyny. Oprócz tych, o których pisałem powyżej, na wyróżnienie zasługuje postawa kapitana drużyny Marka Hermanowicza, którego ciężkiej pracy w środku pola nie da się nie docenić. Prawdę jednak mówiąc, za postawę w drugiej połowie na pochwały zasłużył cały zespół Orła.

Tomasz Chruścicki

Powiązane artykuły

Komentarze

Dołącz do dyskusji.

Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * sa obowiazkowe.