Coraz silniejsze mam przekonanie, że nasz kraj umiłowany został skuty lodem, co zresztą z uwagi na porę roku niczym specjalnym być nie powinno. Życie toczy się nudno i powolutku, afery i aferki na szczytach władzy nie rozpalają już gorętszych emocji, nawet w naszym wałeckim grajdołku zapanowała cisza jak makiem zasiał. I niby człowiek czekał na ten spokój, na krótki choćby czas bez awantur, ale kiedy ten czas nastał, to i zrobiło się jakoś dziwnie, i trwa to już trochę jakby za długo…
Na szczęście ciągle można jeszcze liczyć na resztę świata. Niedługo miną 4 lata od pełnoskalowego (a 12 od aneksji Krymu) najazdu orków na Ukrainę. Wbrew pobożnym życzeniom i zapewnieniom pomarańczowego szeryfa z USA, końca tej wojny jakoś nie widać. Ukraina broni się bohatersko, ale nadzieje na to, że z pomocą świata uda się wygnać najeźdźcę tam, skąd przyszedł, wydają mi się coraz słabsze. Co gorsza – mam wrażenie, że świat coraz bardziej obojętnieje na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. Pusty śmiech mnie ogarnął, kiedy dowiedziałem się, że możni tegoż świata już dzielą skórę na niedźwiedziu i targują się o to, kto wyszarpie dla siebie największy kawałek tortu przy odbudowie Ukrainy. Owszem, wojna jest zawsze świetną okazją do zarobku, jest jednak pewien szkopuł: trzeba ją najpierw wygrać, a do tego droga i daleka, i wyboista. Ukraina sama raczej nie wypędzi orków ze swoich granic, a skorych do pomocy widać coraz mniej. Przede wszystkim do pomocy zbrojeniowej, ale nie tylko. Z coraz większym mozołem wygrzebuję w pamięci okruchy tamtego pospolitego ruszenia sprzed czterech lat, kiedy potrafiliśmy – wprawdzie na jakiś czas, ale jednak potrafiliśmy! – przyjmować wojennych uciekinierów pod swoje dachy, organizować zbiórki i wysyłać do Ukrainy to, co najpotrzebniejsze: broń, żywność, odzież, środki czystości, itd. Dzisiaj w Polsce głośniej od słów otuchy i wsparcia brzmią oskarżenia czy wręcz inwektywy pod adresem bohatersko walczących, tracących życie, zdrowie i dobytek Ukraińców. Ja rozumiem historyczne i po dziś dzień nierozliczone zaszłości; wiem, że w masie uchodźców, którzy trafiali do Polski w 2021 roku, zdarzali się również cwaniacy czy wręcz przestępcy. Z oburzeniem słuchałem oskarżeń, które padały z ust ukraińskich polityków pod adresem Polski. To wszystko są fakty, o których kiedyś trzeba będzie poważnie porozmawiać. No właśnie – kiedyś. Czyli kiedy? Kiedy będą ku temu warunki. Na pewno nie teraz, gdy Ukraina jest w dramatycznie trudnym położeniu i broni się resztkami sił. W takiej sytuacji wszystko inne schodzi na dalszy plan i gdyby to Polska była w takiej sytuacji, w jakiej jest teraz Ukraina, to jestem przekonany, że myślelibyśmy tak samo.
Istnienie suwerennego państwa ukraińskiego leży w żywotnym interesie Polski. Jestem bowiem przekonany, że gdyby ruskie onuce nie deptały teraz Krymu, Obwodów Donieckiego i Ługańskiego, to bilibyśmy się o Suwalszczyznę, Elbląg, Białystok, a może i o Lublin czy Rzeszów.
Myślę, że Ukraina jest dziś dla Polski ważniejsza, niż była kiedykolwiek i byłoby dobrze, gdyby jak najwięcej Polaków to rozumiało, łącznie z politykami obydwu Konfederacji. Wyciągania mniej i bardziej dramatycznych zaszłości historycznych oraz nakręcanie złej atmosfery w relacjach między naszymi krajami pozwala może budować polityczny kapitał, ale w dłuższej perspektywie nie prowadzi do niczego konstruktywnego. Pomijam już to, że w geograficznym sensie jesteśmy po prostu na siebie skazani, bo o wiele ważniejszy wydaje mi się fakt, że mamy wspólnego, śmiertelnego wroga. I to się nie zmieni na pewno.
Reduktor, fot. Pixabay

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.