Zapożyczony przeze mnie na potrzeby niniejszego tekstu tytuł oraz samą piosenkę w wykonaniu dziś już bardzo, hmmm, doświadczonej szansonistki Haliny Kunickiej, pamiętają chyba tylko mocno starsze starszaki, takie jak – nie przymierzając – niżej podpisany. W czasach, kiedy wzmiankowany utwór hulał po dwóch legalnych wtedy stacjach radiowych zawarta w tytule teza była skrajnie trudna, ale jednak możliwa do udowodnienia.
Nie nad tym jednak chciałbym się pochylić – raczej nad tym, że różni ludzie mają różne poglądy, doświadczenia, przemyślenia czy opinie i nie jest wbrew pozorom niczym nowym. Tak było od zawsze. Od zawsze też ludzie odczuwali potrzebę dzielenia się nimi (tzn. tymi poglądami, etc.) z innymi ludźmi. Czasem ta potrzeba była bardziej, czasem mniej uzasadniona, a zazwyczaj nie była uzasadniona wcale. Miejscem, w którym najczęściej dokonywała się wymiana poglądów, był zwykle magiel, choć nie tylko, bo równie dobrze mogła to być kolejka do mięsnego albo po cokolwiek, gdyż w realiach lat 60-tych i 70-tych minionego stulecia w placówkach handlu uspołecznionego mogło znienacka zabraknąć wszystkiego, jak choćby wódki czy (sic!) zapałek, że o bardziej fundamentalnych artykułach nawet się nie zająknę. Forum wymiany absurdalnych plotek (bo wcale nie w każdej musi być źdźbło prawdy) czy też wszystkiego, co ślina na języki przyniosła, było jednak siłą rzeczy mocno ograniczone. I właśnie dlatego w mojej ocenie ówczesny świat nie był taki zły.
Teraz, w dobie powszechnego, nieokiełznanego dostępu do internetowych publikatorów, ludzka głupota wylewa się na wierzch jak gnojowica na polu. W takiej ilości, z jaką mamy do czynienia w obecnych czasach, wspomniany efekt uboczny produkcji zwierzęcej nie jest już nawozem, tylko czynnikiem dodatkowo wyjaławiającym umysły kolejnych rzesz ziemskiej populacji. Ludzkość zawsze bowiem miała i nadal ma do siebie to, że jej zdumiewająco znaczna część jest w stanie łyknąć, a nawet uznać za własną każdą bzdurę, jaka do niej dotrze, np. o lądowaniu oddziału kosmicznych komandosów pod Kremlem, odkryciu eliksiru młodości lub zniesieniu celibatu w Kościele Katolickim. W mniejszej skali świetnym przykładem prawdziwości tej teorii są opinie, które zasypały internet po wykryciu bakterii w wałeckiej sieci wodociągowej. Poświęciłem kilka godzin na przeczytanie tego, co ludzie z siebie na ten temat wydalili i przyznaję, że nie jest mi z tym dobrze, a mówiąc wprost, czuję się z tym fatalnie. Zaznaczam od razu, że nie wszystkie wpisy były jaskrawymi dowodami na niewielką wiedzę (zostańmy już może przy tym eufemizmie…) ich autorów, wymieszaną ze skrajnie zaburzoną samooceną, niewyczerpanymi pokładami złej woli, bezinteresowną zawiścią, roszczeniowością, lenistwem – a wszystko to w niektórych przypadkach obficie podlane jest politycznym sosem oraz osobistą niechęcią do burmistrza Wałcza Macieja Żebrowskiego i starosty Bogdana Wankiewicza. Gdyby ktoś nie wiedział, co tak naprawdę zrobiły miasto i powiat, żeby stawić czoła fatalnej sytuacji i swoją opinię kształtował wyłącznie na podstawie wpisów internetowych komentatorów (choć może lepiej byłoby napisać: kontestatorów), to byłby przekonany, że nie zrobiły nic, a Wałcz i powiat nie tylko są zarządzane przez nieudaczników, ale wręcz przez ludzi, którzy dbają wyłącznie o swój prywatny interes i bezpieczeństwo, a zwykłych ludzi mają… no, wiadomo, gdzie ich mają. Woda „zatruta”, w mieście panika, a co oni robią? Nic nie robią! No, bo jak to tak może być, że Żebrowski nie roznosi osobiście butelek z wodą po starszych, niedołężnych mieszkańcach? Dlaczego woda w butelkach była wydawana tylko przez jeden dzień, a potem trzeba było przychodzić do cystern z własnymi pojemnikami? I tych cystern było skandalicznie mało, zwłaszcza na początku! A jeszcze harmonogramy przywożenia wody w beczkowozach nie były dotrzymywane! I jakby tego było mało, to wodę z cystern można było pić dopiero po przegotowaniu. Hańba! Skandal! Do kryminału z takimi!
Moja ślubna i ja nie ulegliśmy powszechnej panice. Może to i było głupie, ale wodę z butelek (ważne: kupionych w markecie) używaliśmy do picia i gotowania, ale kąpaliśmy się, zmywaliśmy naczynia i praliśmy brudy wykorzystując do tego tę „zatrutą”, a tak naprawdę skażoną bakteriami wodę. Nasz spokój wynikał z tego, że parę lat temu przeżyliśmy już w dobrym zdrowiu podobne „zatrucie”, mieszkając w Wałczu Drugim na terenie gm. Wałcz. Wójt Jan Matuszewski zabezpieczył wtedy mieszkańców wioski w nieskażoną wodę – i w butelkach, i w cysternie. Świetnie zafunkcjonował system sąsiedzkiej pomocy dla ludzi starszych i niedołężnych. Dzięki pomocy gminy, ludzie ogarnęli temat i nie przypominam sobie, żeby ktoś lamentował ani zachorował. Trudno, takie rzeczy czasem się zdarzają i jakoś należało sobie z tym poradzić.
Ludzie narzekali też na złowrogą woń chloru, którym zabijane były bakterie w wałeckim wodociągu. Cóż… jak może niektórzy wiedzą, ja do końca lat 80. ubiegłego roku mieszkałem w Warszawie. I można mi wierzyć albo nie, ale tam z kranów inna woda nie leciała, tylko właśnie taka nachlorowana i śmierdząca. Dopiero w połowie lat 80. pojawiło się kilka (na bez mała dwumilionowe miasto!) studni z wodą oligoceńską, gdzie każdy mógł nalać do swoich kanistrów wodę nieśmierdzącą, o ile chciało mu się stać dwie godziny w kolejce albo przyjść do tej studni w środku nocy. Z powodu głębokiego przekonania, że noc jest od spania, aż do przeprowadzki do Wałcza korzystałem głównie z wody z miejskiego wodociągu i jeśli ktoś czyta niniejszy tekst, to znaczy, że przeżyłem. I teraz też przeżyłem.
Nie chciałbym urazić niczyich przekonań, chciałbym też jednak przedstawić swoje. Uważam otóż, że wobec tej potencjalnie groźnej – to bez dwóch zdań – awarii, władze przede wszystkim miasta, ale także powiatu stanęły na wysokości zadania robiąc to, co do nich należało. Jeśli musiałbym cokolwiek wytknąć, to może tylko początkowe niedociągnięcia informacyjne. Domyślam się, że mogły one wynikać z obawy o niepotrzebne wywołanie paniki, co okazało się o tyle nietrafione, że ta panika i tak wybuchła. Z drugiej strony, gdyby obawy o skażenie wody okazały się płonne (a przecież była taka możliwość), to pozostając w zgodzie z własnym sumieniem chwaliłbym decydentów za zachowanie zimnej krwi. Egzamin z zapewnienia mieszkańcom tego, co było niezbędne, władze przecież jednak zdały. Z drugiej strony – nie ma powodu stawiać im pomników, bo od tego władze są, ale napiep…ć w nie bez powodu i bez opamiętania nie ma sensu.
Zwłaszcza, że sami je sobie wybraliśmy, więc to, co o nich mówimy, świadczy także o nas.
Reduktor

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.