Nie wiem, jak mają inni, ale ja się aktualnie (piszę to w poświąteczną niedzielę) po uszy nurzam w zadowoleniu, a ów błogi stan jest następstwem kilku przyczyn. Nie będę ich wymieniał w hierarchii od najważniejszej po najbłahszą, ani też odwrotnie, będą się one (tzn. wzmiankowane przyczyny) w poniższym streszczeniu pojawiać w kolejności przypadkowej, czyli co mi przyjdzie do głowy najpierw – pojawi się wcześniej, a to, co później, no, to wiadomo.
Otóż cieszę się z prezentów, które otrzymałem od teoretycznie nieznanego mi z imienia oraz nazwiska Świętego Mikołaja. Szczerze mówiąc – to, co dostałem, nie było dla mnie jakimś wielkim zaskoczeniem, gdyż w stosownym czasie wziąłem udział w zorganizowanym przez aplikację (do czego to doszło!?) ogólnorodzinnym losowaniu, a jednym z warunków udziału w tej szczególnej loteryjce było złożenie zamówienia na trzy pożądane przez siebie prezenty, mieszczące się we wcześniej ustalonych widełkach cenowych. Z tych trzech propozycji osoba, której np. ja przypadłem w udziale jako beneficjent świątecznego upominku, powinna wybrać jedną, kupić, zapakować do świątecznej torebki i złożyć prezent pod choinką, żebym go sobie znalazł i ucieszył się bardzo. Ku mojej nieopisanej radości, oprócz zaproponowanego zestawu wierteł, otrzymałem w bonusie także scyzoryk wielofunkcyjny (o który nie wnioskowałem), taki ze szczypcami, ostrzem do cięcia oraz drugim ostrzem do piłowania oraz z aż dwoma ustrojstwami do zdejmowania kapsli z butelek. Gdybym to ja kupował sobie taki gadżet, bez wahania wybrałbym wersję z korkociągiem. Oczywiście wybrałbym ją z myślą o małżonce, gdyż ja osobiście trunki zabezpieczane przed wylaniem się z butelki zarówno kapslami, jak i korkiem, spożywam nader sporadycznie, a z otwarciem tych pozostałych radzę sobie wyśmienicie, i to bez żadnych narzędzi. Ponieważ jednak darowanemu koniowi w uzębienie patrzeć nie wypada, więc nie narzekam, a nawet wprost przeciwnie. Bardzo jestem zatem wdzięczny zięciowi, który zapośredniczył pomiędzy Świętym Mikołajem i mną, choć to w żadnej mierze nie zwalnia go (tzn. zięcia, a nie św. Mikołaja…) z obowiązku troszczenia się o moją młodszą córkę.
Cieszę się ponadto z tego, że tegoroczne święta były de facto trzydniowe, a kończą się dwudniowym, a więc wyjątkowo łagodnym powrotem do rzeczywistości. Lepiej się chyba tego nie dało wymyślić, a moja wdzięczność odnosi się zarówno do Pana Boga, który nakazał dzień święty święcić, jak i do ustawodawcy, który od tego roku uczynił Wigilię dniem wolnym od pracy. To była granicząca z rozpasaniem kulminacja świętowania, która powtórzy się dopiero za kilka lat, kiedy Wigilia wypadnie w poniedziałek, tylko że do pracy trzeba będzie wtedy wrócić zaraz po świętach. Tym się jednak zamierzam martwić w stosownym czasie, o ile on oczywiście w ogóle dla mnie nadejdzie.
Cieszę się ponadto tym, że nasz dom roił się w święta od gości. Było trochę jak w autobusie ZKM: jedni wychodzili, drudzy przychodzili, ci wstawali, tamci siadali… Zapewne byłoby lepiej, gdyby wszyscy mogli pojawić się w jednym czasie, ale w niektórych rodzinach jest to po prostu niemożliwe. Z drugiej strony – gdyby wszystkie dzieciaki i wnuki Agnieszki oraz moje mogły usiąść do stołu naraz, to zabrakłoby przy nim miejsca nie tylko dla samotnego wędrowca, ale i dla niektórych domowników. Jest jednak nadzieja, że już przy okazji najbliższych Świąt Wielkanocnych bez żadnego problemu pomieścimy wszystkich, którzy zechcą nas odwiedzić.
Cieszę się nad wyraz również z tego, że moja żona umie i lubi gotować, dzięki czemu mój wkład pracy w przygotowanie kolejnych świąt ogranicza się praktycznie do robienia zakupów oraz tańca z odkurzaczem i mopem. Nie lekceważę bynajmniej tego wkładu własnego ani nie twierdzę, że w ogóle nie radzę sobie w kuchni, ale uczciwie mówiąc, w życiu bym się z Agnieszką nie zamienił na zakres obowiązków. Dlaczego? Po pierwsze: sama mi go zaproponowała, a po drugie: niech każdy robi to, w czym spełnia się najchętniej i najlepiej.
Mam jeszcze jeden powód do radości. Zasadą, której moja żona trzyma się twardo (żeby nie powiedzieć, że kurczowo…) jest to, że lepiej jest przygotować za dużo jedzenia, niż gdyby czegoś miało komuś zabraknąć. Oczywiście, w pełni się z tym zgadzam, ale sądząc po ilości wyrzucanych do kosza potraw, w którymś momencie znów przestało nam być po drodze z rozsądkiem. I nie w tym rzecz, że zganiam na żonę, bo sam powinienem wiedzieć, że tego troszkę, tamtego odrobina, czegoś innego ociupinka, itd. itp. – znienacka zaczyna sumować się w taką ilość pożywienia, którą można by zaspokoić apetyt kilku batalionów wygłodzonego wojska. A dzieci w Afryce nadal głodują… Co ja tu zresztą z Afryką – zapewne każdy z nas zna takie rodziny, w których zjada się to, co jest, a nie to, co się chce i ile się chce. O ile w ogóle… A z czego tu się cieszyć? Bo doszliśmy do wspólnego wniosku, że w tym roku to był definitywnie ostatni raz, kiedy aż tak bardzo przeszacowaliśmy apetyty gości. Mówimy stanowcze: NIE! marnotrawstwu żywności i kategorycznie zapowiadamy, że Agnieszka nie po to stoi po nocach przy garach, żeby potem lekką ręką wyrzucać do kosza rybę po grecku albo – o zgrozo! – gołąbki lub inne frykasy, za które niżej podpisany jako dzieciak dałby się pokroić. Żebyście się tylko, mili goście, nie zdziwili, jak któregoś razu pocałujecie klamkę, bo gospodarze wykupią sobie świąteczny pobyt all inclusive w górach czy gdziekolwiek, byle daleko. I żeby nie było, że nikt was nie uprzedził…
Reduktor

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.