Przejdź do treści

Piłkarski poker po wałecku

Statystycznie rzecz ujmując, największym sukcesem w historii wałeckiego Orła był sezon 1995/96, zakończony zajęciem 3. miejsca w rozgrywkach 3. ligi, przy czym trzeba zaznaczyć, że według obecnej nomenklatury chodzi o drugą ligę. Klub po rundzie jesiennej prowadził w tabeli, mając

Tomasz Chruścicki
Tomasz Chruścicki
Aktualizacja: ~10 min czytania 0 komentarzy


Statystycznie rzecz ujmując, największym sukcesem w historii wałeckiego Orła był sezon 1995/96, zakończony zajęciem 3. miejsca w rozgrywkach 3. ligi, przy czym trzeba zaznaczyć, że według obecnej nomenklatury chodzi o drugą ligę. Klub po rundzie jesiennej prowadził w tabeli, mając realną szansę na awans na zaplecze Ekstraklasy (wtedy 2. ligi). Wszystko zakończyło się gigantycznym skandalem, a wiele osób nazywa to zwyczajnym przekrętem,. Właśnie mija 30 lat od tamtych wydarzeń.

Opowieść o oszustwie, którego ofiarą padł wałecki Orzeł (wtedy Orzeł Biały) zaczyna się w… Pile, a konkretnie w siedzibie działającej w różnych branżach firmy Intrat, której właścicielem był bardzo ambitny, żądny sławy i niebiorący jeńców po drodze do założonego celu Waldemar Buller. Chodziło mu głównie o budowanie wizerunku swojego i firmy. Jedną z dróg do tego celu było zaistnienie w gronie najlepszych polskich klubów. Tą samą drogą, tylko nieco wcześniej, poszedł zresztą również rodzony brat Waldemara Bullera, jednak działał on na większą skalę i z lepszym skutkiem – jako właściciel drugoligowego Sokoła Pniewy przeniósł go do Tychów i przez niecałe dwa lata pograł nawet w Ekstraklasie.

Podobny cel miał Waldemar Buller. Początkowo inwestował w futbol w Pile, ale ponieważ nie przynosiło to zamierzonych efektów, uległ podszeptom pracującego w kierownictwie jego firmy wałczanina i zainteresował się przejęciem Orła Białego. Stało się to faktem w 1995 roku.

Orzeł B. był w tym czasie solidnym 3-ligowcem. Wałecki klub, prowadzony przez nieżyjącego już prezesa Tadeusza Węgrzynowskiego, dysponował grupą utalentowanych zawodników, którzy z czasem stali się legendami naszego futbolu. W kadrze na sezon 1995/96 byli m.in. Adam Pastuszka, Roman Myszka, Artur Szapowicz, Dariusz Chudzyński, Jacek Murat, Grzegorz Murat, Jacek Halicki, Dariusz Baran, Ireneusz Myłek, Franciszek Miszczak… o nich bez wątpienia można powiedzieć, że Wałcz i Orła mieli w sercach i w genach.

To samo można powiedzieć o Tadeuszu Węgrzynowskim, który widząc być może niepowtarzalną szansę wydźwignięcia wałeckiego klubu na poziom do tej pory nieosiągalny, oddał władzę Waldemarowi Bullerowi, a w nazwie oprócz Orła Białego pojawił się człon Intrat.

Nowy prezes nie liczył się z pieniędzmi. Na piłce za bardzo się nie znał, w Wałczu pojawiał się rzadko, ale trzymał rękę na pulsie dzięki swoim ludziom w zarządzie klubu. Trenerem został znany wielkopolski szkoleniowiec Ryszard Marcinkowski, który ściągnął do klubu kilku znanych piłkarzy, mających w dorobku wiele meczów na poziomie Ekstraklasy przede wszystkim w poznańskich i szczecińskich klubach. Do Wałcza – zwłaszcza na wiosnę 1996 roku – trafiali też piłkarze ekstraklasowego Sokoła Tychy. Do grona najbardziej znanych stranieri trzeba przede wszystkim zaliczyć takich zawodników, jak Jerzy Kaziów, Andrzej Borówko, Tomasz Molewski, Jacek Chromiński czy Piotr Szułcik. Warto wspomnieć, że Jerzy Kaziów trafił do Wałcza prosto po pobycie w ekstraklasowym, szwajcarskim klubie FC Solothurn. Wielkiej kariery w nim nie zrobił, ale w Wałczu kibice go uwielbiali, bo strzelał mnóstwo goli – w rundzie jesiennej sezonu 1995/96 do siatki rywali trafił aż 19 razy! Swego rodzaju ciekawostką jest fakt, że nieżyjący od 2022 roku Jerzy Kaziów w okresie gry w Olimpii Poznań (1986-90) był oficerem Służby Bezpieczeństwa…

Ściągani hurtowo do Wałcza piłkarze w większości co prawda naprawdę potrafili grać w piłkę, ale nie przyjeżdżali tu dla wywindowania swoich karier na wyższy poziom, ani po to, żeby budować wałecką piłkę, tylko zwyczajnie dla pieniędzy. O Waldemarze Bullerze można było bowiem mówić (i rzeczywiście mówiono) wiele niepochlebnych rzeczy, ale faworytom trenera Marcinkowskiego prezes płacił dobrze i na czas, a w polskich klubach w końcówce lat 90-tych ubiegłego stulecia nie zdarzało się to nagminnie.

A W. Buller gdyby nawet nie chciał dobrze płacić swoim gwiazdom, to… musiał to robić. Były to bowiem czasy, które dobrze pamiętają starsi kibice: że wyniki wielu meczów w polskich ligach różnego szczebla rozstrzygały się zupełnie nie na boisku. Wtedy funkcjonowało to pod nazwą „niedziele cudów”, a dopiero potem zaczęło być znane jako afera Fryzjera.

W 1995 roku cel był jednak jasny – Intrat Orzeł Biały gra o awans do II ligi. Byli dobrzy piłkarze, doświadczony trener, kasa też się zgadzała – teoretycznie to powinno wystarczyć. Głównym rywalem wałecko-pilskiego klubu była jednak Dyskobolia Groclin Grodzisk Wielkopolski, należąca do jednego z ówczesnych rekinów polskiego biznesu – Zbigniewa Drzymały. Właścicielowi firmy produkującej fotele samochodowe dla światowych potentatów branży motoryzacyjnej przyświecał dokładnie ten sam cel. Awansować mógł jednak tylko jeden zespół.

Wydawało się, że wszystkie atuty są po stronie Intratu Orzeł Biały. W rundzie jesiennej kierowany przez Ryszarda Marcinkowskiego zespół kroczył od zwycięstwa do zwycięstwa i przed ostatnim meczem jesieni z Dyskobolią Groclin w Grodzisku klub z siedzibą w Wałczu miał siedem punktów przewagi nad swoim głównym rywalem.

Tu warto oddać głos 30-krotnemu reprezentantowi Polski Piotrowi Soczyńskiemu, który po występach w tureckich klubach wracał akurat do Polski i… trafił do Intratu Orzeł Biały Wałcz. W 2023 roku na łamach Onetu popularny Soka opowiadał:

– Wcześniej jednak jeden mecz zagrałem w Wałczu, w trzeciej lidze. Miałem kartę na ręku. Trenerem był Rysiu Marcinkowski. Grali tam starzy znajomi z Poznania: Jurek Kaziów, Molewski, Szułcik. Wałcz był na pierwszym miejscu. Grodzisk na drugim. Wałcz miał siedem punktów przewagi nad Grodziskiem. Przed ostatnim meczem rundy jesiennej tych drużyn w Grodzisku trener Marcinkowski wpadł na pomysł, żeby mnie wypożyczyć. Ewentualna wygrana dawała dziesięć punktów przewagi na wiosnę. Wałcz finansował Buller, brat właściciela Sokoła Tychy. Na siłę chciał awansować do drugiej ligi. Załatwili mnie szybko na ten jeden mecz. Pytali, ile chcę pieniędzy za ten występ. Powiedziałem, że nie gram dla pieniędzy, lecz dla trenera Marcinkowskiego. „Jak wygramy, to prezes mi tam jakieś pieniądze da. Postawię za nie chłopakom, zrobię jakąś imprezę”. Trener Marcinkowski załatwił wtedy gościa, który miał wejść do sędziów, żeby Drzymała nas nie skręcił. Zagrałem na stoperze super mecz. Wygraliśmy 1-0 i zrobiło się dziesięć punktów przewagi.”

Napisać, że awans wydawał się być wtedy już na wyciągnięcie ręki, byłoby grubym niedopowiedzeniem. Prawie wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały bowiem, że wiosną trzeba będzie postawić tylko kropkę nad „I”, a potem świętować największy sukces w historii klubu. Okazało się jednak, że to „prawie” było decydujące. Bo oto znów Piotr Soczyński dla „Onetu”:

„Przygotowania do wiosny mieliśmy w Wałczu. Miałem tam zostać. Ale kierownikiem Wałcza był dobry znajomy Drzymały. I przez niego Drzymała ściągnął naszą szóstkę do Grodziska. Zapłacił mi takie pieniądze, jakich nawet w pierwszej lidze wtedy nie mieli. Oddałem za to swoją kartę. Bo po co była mi ta karta? Co ja z nią bym miał zrobić? Zastawić w sklepie monopolowym? Trzeba było nadrobić aż czternaście punktów. Bo ostatni mecz czekał nas w Wałczu i trzeba było przed nim mieć cztery punkty przewagi, bo tam Buller też wszystkie pieniądze mógł położyć. Czternaście punktów i weź to odrób. Ale Drzymała to odrobił. Najwięcej zarobiły wtedy rezerwy Lecha, bo z kim nie grały, to od nas pieniądze brały. My z nimi przegrywaliśmy 0-2 na Dębcu, do przerwy. A co się działo w przerwie? Można sobie dośpiewać, bo wygraliśmy 3-2. I jak jechaliśmy do Wałcza, to już mieliśmy cztery punkty przewagi. Czternaście punktów nadrobiliśmy. Dwanaście karnych strzeliłem. Wtedy się cieszyłem, ale potem się dowiedziałem, że wszystkie były załatwione. Buller napisał list do „Piłki Nożnej”, że w trzech meczach Wałcz dostał sześć czerwonych kartek”.

Tego, co stało się w zimowej przerwie zimowej przerwie, spodziewali się tylko najbardziej wtajemniczeni: z Intratu Orzeł Biały do Dyskobolii Grodzisk odszedł trener Ryszard Marcinkowski, a razem z nim Andrzej Borówko, Piotr Szułcik, Ryszard Rybak, Tomasz Molewski i Piotr Soczyński. Odszedł również Jerzy Kaziów, który do Groclinu trafił jednak via Sokół Tychy, gdzie zdążył nawet rozegrać jeden mecz, a wiosną dla klubu z Grodziska strzelił jeszcze 9 bramek.

– Wiedzieliśmy, że po tym wszystkim będzie bardzo trudno o awans – wspominają grający wtedy w Intracie Orzeł Biały Dariusz Chudzyński i Artur Szapowicz. – Nam się wtedy wydawało, że wszystko jest jeszcze możliwe.

Tylko, że w tamtym czasie cuda się wprawdzie zdarzały, i to nawet powszechnie, ale wszystko zależało od tego, kto je sponsorował. Intratowi Orzeł Biały nie pomogło łatanie ubytków w składzie takimi – skądinąd całkiem dobrymi – piłkarzami, jak Roman Frydryszak, Piotr Cejrowski, Mirosław Iwan czy Maciej Mizia. Wiosna w ich wykonaniu była zdecydowanie słabsza od jesieni, zwłaszcza, że piłkarze mogli się przekonać o sile argumentów, jakimi dysponował wówczas Zbigniew Drzymała. Mimo przesądzonego już awansu grodziszczan, kończący sezon mecz z Dyskobolią Groclin na wałeckim stadionie nie był jednak grą o przysłowiową czapkę śliwek – dla części piłkarzy Intratu Orzeł Biały była to walka o honor. Szczególnie dla tych z wałeckim rodowodem… 26 czerwca 1996 roku na trybunach atmosfera była gorąca, natomiast na boisku panował względny szacunek. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Intrat Orzeł Biały na pewno nie był tego dnia zespołem gorszym, ale o to, by przyjezdnych nie spotkała w Wałczu sportowa przykrość, skrupulatnie dbali sędziowie, którzy opuszczali po meczu stadion w policyjnej eskorcie.

Dla Dyskobolii Grodzisk był to początek złotej ery. Już po roku podopieczni prezesa Drzymały awansowali do Ekstraklasy, z której co prawda spadli, ale po kolejnym sezonie znów do niej wrócili, by w latach 2003 i 2005 wywalczyć tytuły wicemistrzowskie. Grodziszczanie zdobyli także dwa Puchary Polski, przy czym ten z 2005 roku został im po 15 (!) latach odebrany w wyniku stwierdzenia „sportowego oszustwa”. Można domniemywać, że sporo sukcesów na krajowym podwórku było wynikiem działań pozaboiskowych, ale sukcesów w Pucharze UEFA w sezonie 2003/04 nikt Dyskobolii nie odbierze – wystarczy przypomnieć że po dwumeczach z klubem z Grodziska odpadły takie potęgi, jak Hertha Berlin czy nawet Manchester City. Jednak w 2008 roku Groclin Dyskobolia spadła z Ekstraklasy, a później Zbigniewa Drzymała sprzedał licencję Józefowi Wojciechowskiemu z Polonii Warszawa. Groclin spadł aż do Klasy A, na kilka lat przestał nawet istnieć, a po reaktywacji gra na poziomie 5. ligi wielkopolskiej. Sam Grzymała w 2020 roku został skazany w procesie dotyczącym korupcji w futbolu i dziś nie ma już z piłką nic wspólnego.

Natomiast dla Orła po erze Waldemara Bullera zaczął się systematyczny zjazd w dół. Nastał czas, w którym zdecydowanie więcej było goryczy, niż słodyczy. Klub długo balansował pomiędzy okręgówką i 4. ligą, by w ostatnich latach skutecznie bronić się przed popadnięciem w futbolowy niebyt. A Waldemar Buller mieszka podobno gdzieś w Niemczech…

T. Chruścicki, fot. archiwum klubowe

Powiązane artykuły

Komentarze

Dołącz do dyskusji.

Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * sa obowiazkowe.