Nie znam się zanadto na geopolityce – najzwyczajniej w świecie to nie mój rozmiar kapelusza. Najchętniej żyłbym sobie po cichutku zgodnie z zasadą: moja chata z kraja, tylko, że świat kategorycznie zażyczył sobie, żebym się nim bliżej zainteresował. Chciał nie chciał – spełniam jego wolę. Może i bez wielkiego entuzjazmu to czynię, ale z drugiej strony dobrze jest wiedzieć, kto cię akurat boleśnie kopie w cztery litery.
Czasem w jakiejś rozmowie pojawia się problem obawy przed wojną. Żywię niestety poważną obawę nawet nie o zasadność tego pytania, tylko raczej o timing. Boję się wojny, jej przebiegu i następstw – jak każdy człowiek obdarzony choć odrobiną wiedzy i wyobraźni. Tylko co z tego, skoro świat nie tyle nawet stoi u progu wojny, co w wielu przypadkach już ten próg przekroczył? Wojna w Ukrainie, wielonarodowy konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie – to wszystko dzieje się poniekąd tu, a bez żadnej wątpliwości teraz. Wiadomo, że wojna w Ukrainie dotyczy nas w zasadzie bezpośrednio, choć – przynajmniej na razie – nie jesteśmy w niej stroną. Co nas jednak obchodzi konflikt na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza jego najnowszy wątek w postaci wojny, w której armie USA i Izraela bombardują Iran? Ano obchodzi, b o musi.
Na boku zostawiam rozważania dotyczące tego, kto tę wojnę tak naprawdę wywołał, czyli – kolokwialnie mówiąc – co było pierwsze: jajko czy kura. W mojej głowie wdrukowany jest obraz Iranu jako kraju rządzonego po obaleniu szacha przez ajatollahów, sfanatyzowanego na tle religijnym, nie uznającego norm i praw obowiązujących w społeczności międzynarodowej, dążącego do wyprodukowania lub, według wielu źródeł, już produkującego broń masowego rażenia, wspierającego Rosję w barbarzyńskiej wojnie z Ukrainą. Doświadczenie uczy mnie jednak, że świat nigdy nie jest czarno-biały, a specjaliści od socjotechniki robią wszystko, byśmy – ja i inne szaraki – myśleli właśnie tak, jak oni sobie tego życzą. Inni manipulatorzy przez dekady wmawiali Polakom, że nasz kraj może istnieć tylko jako wasal ZSRR. Teraz Rosję zastąpił inny hegemon – USA (z jego nieprzewidywalnym prezydentem), ale pozostałe zasady prawie się nie zmieniły. No i choćby przez to wojny prowadzone przez USA stały się polskimi wojnami.
Ale nie tylko dlatego tak się stało. Świat stał się globalną wioską, oplecioną przez sieć kapitału, który nie zna granic. Wszyscy robią interesy ze wszystkimi, pieniądz płynie swobodnie z kieszeni do kieszeni, aż do momentu, kiedy napotka jakąś przeszkodę, w postaci np. wojny, sankcji czy nawet embarga, itp. Kiedy problem dotyczy surowców energetycznych, takich jak ropa, system wali się w drobiazgi. Dlaczego wojna na Bliskim Wschodzie jest moim problemem? Ano na przykład dlatego, że kilka tygodni temu olej napędowy kupowałem za 5,60 – 5,80 zł za litr, dziś za tę konieczność (bo nie przyjemność przecież!) muszę płacić blisko 9 złotych, i nikt nie mówi, że drożej nie będzie. Prezydent USA Donald Trump uznał, że problemy z Iranem najskuteczniej rozwiąże bombardując cele wojskowe i cywilne w tym kraju. Słusznie, czy nie? Ja myślę, że stanowczo zbyt pochopnie, ale jakie to ma teraz znaczenie? Nie zniszczył jednak D. Trump wojennego potencjału Persów na tyle, by utrzymać bezproblemowy transport bliskowschodniej ropy przez cieśninę Ormuz, przez którą przepływa dziennie 20 proc. globalnego handlu tym surowcem. To się nie mogło nie odbić na cenach tego surowca. Kiedy jest problem z transportem, wtedy zaczyna brakować ropy i koszt zakupu baryłki szybuje w kosmos. Zarabia na tym także Putin, bo embargo na handel rosyjską ropą jest łatwo i powszechnie omijane. Cierpi na tym oczywiście Ukraina, ale nie tylko.
Wzrost cen paliw na stacjach odczuwamy wszyscy, bo koszty transportu stanowią dużą część składową ceny każdego towaru i każdej usługi. Nadchodzące Święta Wielkanocne będą droższe, niż rok temu, ale to przecież tylko dwa dni i pół biedy. Generalnie wzrosną koszty utrzymania, a pracy będzie mniej, bo wywołany wzrostem cen spadek popytu wytrzymają tylko najsilniejsze firmy. Zapewne odbije się to na sytuacji finansowej samorządów, która zależy od wysokości wpływów z podatków CIT i PIT. Ludzie będą narzekać jeszcze bardziej, niż dotychczas, bo Tusk, Wankiewicz i Żebrowski nic nie robią, a jak nawet robią, to tak, że szkoda gadać.
O ile wiem, to w ekonomii obowiązuje zasada, że po bessie przychodzi hossa. Mam wątpliwości, czy tak jest w istocie, bo mieliśmy już kolejne kryzysy: covidowy, po najeździe Ukrainy przez Rosję, teraz wojna na Bliskim Wschodzie i jej globalne skutki, notowania giełdowe rażą w oczy czerwienią, tylko tej hossy jakoś nie widać. Chyba, że to nie są pojedyncze kryzysy, tylko składowe wielkiego krachu, który przeorze świat do imentu. Nie wiem, czy tak będzie, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak było. Ale cieszyć się już nie byłoby z czego, bo mniejsze wojny też można zsumować w jedną wielką – trzecią według numeracji…
Reduktor

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.