Dwa różne oblicza miało sobotnie (29 sierpnia) spotkanie Orła z Astrą Ustronie Morskie. Gdyby sędzia zakończył mecz po pierwszej połowie, byłaby okazja do świętowania, bo zgadzał się nie tylko wynik, ale i jakość gry wałeckiej drużyny. Niestety, po zmianie stron wszystko się zmieniło…
Astra Ustronie Morskie – Orzeł Wałcz 2-0 (0-0)
Orzeł: Kanduła – Rak, Hermanowicz, Opszański, Kowalczuk – Mularczyk (52′ Riccio), Ściurkowski (86′ Wołejko), Kaick (66′ Trzmiel), Rohs (78′ Antoniak) – Kijewski, Górny.
Faworytem sobotniej potyczki w Ustroniu Morskim na pewno nie był Orzeł. Astra w poprzednim sezonie prezentowała się bardziej niż solidnie i zajęła miejsce w górnej połowie tabeli. Nadmorski zespół dobrze wszedł również w aktualny sezon – w przeciwieństwie do Orła, który ma na początku rundy bardzo trudny kalendarz i w każdym kolejnym meczu mierzy się z silniejszymi od siebie rywalami. Co gorsza, okazji do konfrontacji z drużynami o podobnej sile rażenia nie będzie w tym sezonie zbyt wiele, bo okrojona do 16 zespołów 4. liga naszpikowana jest mocnymi ekipami.
Mecz ściągnął na trybuny sporo kibiców, w tym widoczną (i słyszalną) grupę sympatyków Orła. Po dwóch domowych porażkach remis w wyjazdowym meczu wydawał się być szczytem marzeń – i to takim szczytem, którego zdobycie będzie bardzo trudne. O ile w ogóle możliwe…
Trener Orła Roman Michorek w kolejnym meczu postawił na autorską koncepcję składu. Na lewej obronie znów zagrał Patryk Kowalczuk, a spotkanie na ławce rezerwowych zaczęli m.in. Vincenzo Riccio, Konrad Trzmiel czy Hubert Antoniak, którzy jeszcze w poprzedniej rundzie odgrywali w wałeckim zespole główne role. Można dyskutować, czy są lepszymi, czy gorszymi piłkarzami od tych, na których stawia teraz trener, ale to do Romana Michorka należy ostatnie słowo przy ustalaniu wyjściowej jedenastki.
Od pierwszego gwizdka sędziego widać było jak na dłoni, jak będzie chciał grać Orzeł. Podstawowym zadaniem było zabezpieczenie dostępu do własnej bramki, w czym uczestniczyli prawie wszyscy zawodnicy wałeckiej drużyny, włącznie z Mateuszem Górnym i Adrianem Kijewskim. Zespół Orła nieźle wyglądał nie tylko z tyłu, ale również w środkowej strefie boiska, gdzie przy piłce próbowali utrzymać się – często skutecznie – Patryk Ściurkowski, Denis Rohs czy Konrad Mularczyk, przenoszący ciężar gry jak najdalej od swojego pola karnego. Gospodarze mieli spory kłopot z organizowaniem swoich akcji, wobec czego próbowali zaskoczyć Franciszka Kandułę strzałami z dystansu.
Pierwszą okazję do zaprezentowania swoich umiejętności wałecki bramkarz miał już w 6. minucie, kiedy jeden z piłkarzy Astry zdecydował się na uderzenie z 17 metrów. Piłka otarła się jeszcze o interweniującego obrońcę Orła i zmierzała w samo okienko wałeckiej bramki, ale wyciągnięty jak struna Kanduła w ostatniej chwili odbił futbolówkę na rzut rożny.
Później przez dłuższy czas gra toczyła się w środku pola. Wałczanie po odbiorze piłki próbowali szybkich kontr i jedna z nich omal nie zakończyła się powodzeniem. W 20. minucie świetnym, prostopadłym podaniem popisał się Ściurkowski, który uruchomił szybkiego Jakuba Raka, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Astry. Nowy nabytek Orła strzelił jednak prosto w wybiegającego golkipera i miejscowi kibice odetchnęli z ulgą.
Nie była to jednak ostatnia okazja do objęcia prowadzenia przez wałecki zespół. W 24. minucie wykonujący rzuty rożne z prawej strony boiska Kaick dośrodkował na 3. metr, gdzie walkę o pozycję wygrał z obrońcami Astry Górny, jednak strzał głową doświadczonego napastnika Orła obronił bramkarz gospodarzy. Cztery minuty później w kolejnej kontrze Orła znów pokazał się Rak, który wbiegł z piłką w pole karne, zwiódł goniącego go obrońcę, ale w dogodnej sytuacji z kilkunastu metrów przeniósł piłkę nad poprzeczką.
W pierwszej połowie żadnej z drużyn nie udało się stworzyć okazji do objęcia prowadzenia. Gospodarze odbijali się od szczelnego muru defensywnego Orła, który widząc nieporadność piłkarzy Astry, coraz częściej gościł na ich połowie. Ataki gości kończyły się jednak najczęściej na rzutach rożnych.
Niewiele wskazywało na to, że w drugiej połowie obraz meczu może się zmienić aż tak diametralnie. Na drugą część meczu obydwa zespoły wyszły wprawdzie w tych samych zestawieniach, ale… z innymi nastawieniami. Gospodarze zaczęli bowiem grać – jak mawiają trenerzy młodszego pokolenia – „na dużej intensywności”, zwłaszcza w ostatniej „tercji” boiska, a gra obronna wałeckiej jedenastki wyglądała o wiele gorzej, niż przed zmianą stron. Pierwszy sygnał ostrzegawczy przyszedł w 52. minucie, kiedy po wrzutce z głębi pola pozostawiony bez opieki w polu bramkowym napastnik Astry mocno strzelił głową, ale grający pod słońce Kanduła w sobie tylko znany sposób zdołał odbić piłkę nad poprzeczkę. Na domiar złego boisko musiał opuścić zmagający się z nawracającym urazem Mularczyk, którego zastąpił Riccio.
Już dwie minuty później po dośrodkowaniu ze stałego fragmentu gry wałeccy piłkarze nie zdołali wybić piłki ze swojego pola karnego, dopadł do niej Michał Barański i strzelił w kierunku bramki. Nieczysto uderzona futbolówka otarła się jeszcze od nogi któregoś z wałeckich obrońców, co zmyliło Kandułę i gospodarze objęli prowadzenie.
Nie minęło nawet 10 minut, kiedy miejscowi kibice mieli kolejny powód do radości. Okoliczności straty drugiego gola przez Orła były niemal bliźniacze: wrzutka z rzutu rożnego, zamieszanie w polu karnym, płaski, mocny strzał z 14 metrów i piłka ląduje w siatce. O ile w przypadku pierwszego gola można zastanawiać się, czy Kanduła zrobił wszystko, co mógł, o tyle teraz nie miał żadnych szans na skuteczną obronę. Wałecki bramkarz uchronił zresztą swój zespół od wyższej porażki, bo do opisywanych wcześniej interwencji trzeba też doliczyć obronę bardzo groźnego strzału z dystansu w 81. minucie.
Wałecki zespół w drugiej części meczu nie był już równorzędnym rywalem dla gospodarzy. O porażce Orła przesądziło zdominowanie środka pola przez Astrę, a dokonywane przez trenera zmiany nie odmieniły oblicza drużyny. Pytanie: czy mogły?
W kolejnym meczu 5 września o godz. 15.00 Orzeł podejmie rezerwy Świtu Szczecin, czyli kolejnego rywala z tzw. górnej półki. O punkty będzie więc niełatwo, ale… kiedyś trzeba będzie wreszcie zacząć je zdobywać!

Znów walka o utrzymanie. Kiedy to się u nas skończy…