Nie ma neonów. Nie ma recepcji, która życzy miłego pobytu. Nie ma nawet śniadania w cenie. Jest za to cisza, metaliczne kliknięcie zamka i ten specyficzny moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, co się odwaliło.
W Wałczu „dołek” działa przy komendzie na al. Zdobywców Wału Pomorskiego 90A. Oficjalnie to PDOZ, czyli Pomieszczenie dla Osób Zatrzymanych. Potocznie: miejsce, do którego trafia się wtedy, gdy alkohol przestaje być „towarzyski”, a zaczyna być problemem nie tylko dla samego zainteresowanego, ale także dla jego rodziny lub przypadkowych ludzi na ulicy.
W 2025 roku do wałeckiego PDOZ trafiły 224 osoby nietrzeźwe. To o 38 więcej niż rok wcześniej. W liczbach rozkłada się to prosto: 190 mężczyzn i 34 kobiety. Dla porównania: w 2024 roku było 186 mężczyzn i 24 kobiety. Wzrost widać szczególnie wśród kobiet.
Wałecki „Hilton” ma nawet cennik – 140 zł za dobę. Płaci zatrzymany.
A standard? Minimum, które ma zapewnić bezpieczeństwo, a nie komfort.
Jeśli pobyt trwa krócej niż 24 godziny, o jedzeniu można zapomnieć. Jest woda. Tylko woda. Dopiero gdy ktoś zostaje dłużej niż dobę, przysługują mu posiłki. Te w Wałczu dowożone są ze stołówki Centralnego Ośrodka Sportu – Ośrodka Sportu i Rekreacji.
Nie każdy pijany ląduje od razu w PDOZ. Najpierw jest próba „po ludzku”. To ważne, bo wiele osób myśli: wypiłeś – jedziesz na dołek. Tymczasem sama nietrzeźwość to często za mało. Liczy się sytuacja, kontakt, zagrożenie. Asp. szt. Beata Budzyń z Komendy Powiatowej Policji w Wałczu tłumaczy:
– Jeżeli jesteśmy wzywani do takich osób, z którymi jest kontakt, najpierw staramy się powiadomić rodzinę, żeby się taką osobą zaopiekowała. Jeśli jest zgoda, policjanci „podwożą” do domu. Jeżeli nie ma zgody, wtedy osoba trafia do PDOZ.
W praktyce wygląda to jak scenariusz, który powtarza się w wielu domach: telefon do bliskich, pytanie, czy ktoś jest w stanie przejąć opiekę, czy w ogóle chce. I dopiero potem decyzja. Są jednak przypadki, w których policja nie szuka „najłagodniejszego wyjścia”, bo liczy się natychmiastowe zatrzymanie.
– Tak jest z nietrzeźwymi, którzy stwarzają zagrożenie, np. podczas awantury domowej – podkreśla asp. szt. Budzyń. – To ten moment, w którym „to tylko kłótnia” dla sąsiadów zmienia się w „ktoś może komuś zrobić krzywdę” dla patrolu. I wtedy PDOZ bywa nie karą, a przerwaniem sytuacji, która mogłaby skończyć się dużo gorzej.
Jest też kategoria, która rządzi się własnymi zasadami. Nietrzeźwi kierowcy nie trafiają do PDOZ na takich samych warunkach jak ktoś, kto przesadził na imprezie.
– Kierowcy są przewożeni do PDOZ i mają prawo, z którego często korzystają, żebyśmy powiadomili rodzinę lub pracodawcę, że zostali zatrzymani – podkreśla policjantka. – Tu chodzi o procedurę i bezpieczeństwo. Alkohol za kierownicą nie jest „wpadką”. To ryzyko, które mogło zakończyć się tragedią i przede wszystkim przestępstwo.
Najbardziej nieoczywiste są te interwencje, które wyglądają „zwyczajnie”: ktoś leży na chodniku, na ławce, w bramie. Ludzie mijają, ktoś w końcu dzwoni. Jeśli nie ma kontaktu z taką osobą, policja nie działa w ciemno.
– Do osób, z którymi nie ma kontaktu, policjant najpierw ocenia, czy od razu trzeba wezwać pomoc medyczną. Jeżeli tak, to dopiero na podstawie zaleceń ratowników decydujemy, co dalej – wyjaśnia asp. szt. B. Budzyń.
Bo „pijany” bywa w praktyce często „chory”, „po urazie”, „w hipotermii”. I wtedy adresem, jest szpital.
Statystyka 224 osób nie mówi, kto miał gorszy dzień, kto przegrał z nałogiem, a kto po prostu nie miał już dokąd pójść. Ale mówi, że alkohol wciąż jest jednym z tych problemów, które najczęściej kończą się interwencją służb. W przypadku Wałcza te liczby rosną.
mk

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.