Sezon dyżurów w Leśnej Bazie Lotniczej w Krępsku dobiegł końca. Przez ostatnie pół roku stacjonowały tu dwa gaśnicze Dromadery i patrolowa Cessna. Gdyby w tym czasie w lasach Nadleśnictwa Wałcz wybuchł pożar wymagający wsparcia z powietrza, do akcji mogłyby ruszyć właśnie samoloty z Krępska. O tym, dlaczego wśród pilotów Dromader zasłużył na miano „pana Dromadera”, którym leszcze nie latają, opowiedzieli nam piloci z bazy.
Zakończył się tegoroczny dyżur załóg w Krępsku. Piloci rozpoczęli go 16 marca, a 28 września odlecieli do głównej bazy firmy AeroGryf w Szczecinie-Goleniowie. Przez pół roku Krępsko było dla nich miejscem pracy i drugim domem. Stąd ruszali na patrole i do pożarów, a w gotowości czekali także wtedy, gdy za oknem nie działo się nic niepokojącego.
Na miejscu stacjonują dwa gaśnicze M18 Dromader i patrolowa Cessna 172. Trzeci Dromader dyżuruje w podbazie w Herburtowie niedaleko Wielenia. Razem zabezpieczają obszar Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Pile, obejmujący blisko 364 tys. hektarów gruntów leśnych. W razie dużego pożaru samoloty mogą też zostać skierowane do sąsiedniej dyrekcji. W tym sezonie jedna z maszyn z Krępska poleciała z pomocą na teren RDLP w Toruniu.
Pięć minut, dwa tysiące litrów
Zanim pilot zobaczy dym, informacja musi dotrzeć do bazy. Leśne punkty alarmowo-dyspozycyjne obserwują teren m.in. za pomocą kamer umieszczonych na wieżach. Zgłoszenia trafiają do regionalnego punktu w Pile, gdzie zapada decyzja o wysłaniu samolotu. Według RDLP od wykrycia zagrożenia do startu mija zwykle około dziesięciu minut. Na lotnisku, przy najwyższym stopniu zagrożenia pożarowego, załoga przygotowuje się jednak do jeszcze szybszej reakcji.
– Jeden samolot stoi wtedy przy pompie. Ja biegnę do maszyny, mechanik włącza wodę, odpalam silnik. W pięć minut się wyrabiamy – opowiada pilot Maciej Lewandowski.
Samo napełnienie zbiornika trwa około dwóch minut. Dromader zabiera z Krępska mniej więcej dwa tysiące litrów wody. Mógłby unieść więcej, ale ilość ładunku trzeba dostosować do warunków startu: długości pasa i przeszkód w jego sąsiedztwie. Po zrzucie wraca po kolejną porcję. Aby skrócić takie loty, RDLP w Pile ma również sześć dodatkowych miejsc startów i lądowań, gdzie samoloty mogą uzupełnić wodę bliżej pożaru.
„Dromaderek”. Tak się nie mówi
Maciej Lewandowski i kierownik bazy, pilot Krzysztof Stasiak, uczyli się agrolotnictwa na tej samej uczelni w Olsztynie. Latają od dziesięcioleci, pracowali także poza Polską. Są już na emeryturze, ale nadal zasiadają za sterami. O Dromaderze nie opowiadają jak o starej, dobrze oswojonej maszynie.
U nas mówi się, że z Dromaderem nie pije się bruderszaftu – zaznacza pilot M. Lewandowski.
To jedno z powiedzeń, które piloci zapamiętali dzięki instruktorowi. Kiedy pojawiła się wersja samolotu pozwalająca zabrać większy ładunek, instruktor objeżdżał bazy i tłumaczył załogom, że przy starcie, lądowaniu i zrzucie nie ma miejsca na lekceważenie zasad.
– Mówił: „Panowie, to nie jest Dromader. To jest pan Dromader” – wspomina K. Stasiak.
Lewandowski mówi, że właściwie są trzy Dromadery: pusty, częściowo załadowany i ten z pełnym zbiornikiem. Z pustym, jak żartuje, można się szybko zaprzyjaźnić. Pełny wymaga znacznie większej uwagi. Żeby wyjaśnić dlaczego, przywołuje zdarzenie, którego sam był świadkiem. Pilot po kilku lotach szkoleniowych po raz pierwszy wystartował z pełnym zbiornikiem wody. Tuż po oderwaniu od ziemi samolot stracił prędkość i przechylił się na skrzydło. Udało się wrócić na ziemię bez obrażeń, ale pilot wysiadł z kabiny tak przestraszony, że oświadczył, iż więcej Dromaderem nie poleci. I słowa dotrzymał.
– To wymagający samolot. Nie dla leszczy – podsumowuje pilot K. Stasiak.
Przy pełnym ładunku trzeba pozwolić maszynie rozpędzić się na pasie. – Nie wolno prowokować wcześniejszego startu. Jak będzie miał prędkość, sam się oderwie – tłumaczą. A gdy nad pożarem w ciągu niespełna dwóch sekund pozbywa się około dwóch ton wody, pilot musi być gotowy na nagłą zmianę zachowania samolotu.
Właśnie dlatego, choć obaj mają za sobą tysiące godzin w powietrzu, o Dromaderze nadal mówią z respektem.
Sekunda to kilkadziesiąt metrów
Dromader nie ma celownika, który wskaże pilotowi miejsce zrzutu. Przy punktowym gaszeniu woda opuszcza zbiornik przez dużą klapę w ciągu około dwóch sekund. Jest też mniejsza klapa, pozwalająca rozciągnąć zrzut w linię, na przykład wzdłuż zagrożonego fragmentu lasu.
– Sekunda spóźnienia to około 50 metrów. Można już nie trafić tam, gdzie trzeba – tłumaczy Maciej Lewandowski. Piloci korzystają ze wskazówek przekazywanych z ziemi, ale ostatnią decyzję podejmują w kabinie. Podczas pożaru koło Jastrowia kierujący akcją obserwował teren także z drona i wskazywał załogom miejsca kolejnych zrzutów.
Była to największa akcja, którą piloci z Krępska zapamiętali z tego sezonu. Do dwóch miejscowych Dromaderów dołączyła wtedy trzecia maszyna z Herburtowa. Załogi wspominają, że w najgorętszym okresie niemal codziennie dochodziło do jakiegoś zdarzenia.
Z danych przekazanych przez Michała Nowaka, naczelnika Wydziału Ochrony Lasu RDLP w Pile, wynika, że od początku roku na terenie dyrekcji odnotowano 56 pożarów lasów. Ogień objął łącznie 31,76 hektara, a średnia powierzchnia pożaru wyniosła 0,57 hektara. Specjalista od ochrony przeciwpożarowej w RDLP w Pile zwraca uwagę, że najbardziej zdradliwy może być początek wiosny: las jeszcze się nie zazielenił, a na ziemi leżą suche pozostałości roślin z poprzedniego roku. W takich warunkach ogień może rozprzestrzeniać się bardzo szybko.
Należy jeszcze zaznaczyć, że całość kosztów związanych z czarterem samolotów i kosztów związanych z ochrona ppoż. terenów leśnych ponoszą Lasy Państwowe.
Dyżur w Krępsku dobiegł już końca. Przez ostatnich sześć miesięcy praca pilotów polegała nie tylko na lataniu, lecz także na czekaniu w gotowości. Gdy przychodziło wezwanie, w ciągu kilku minut musieli uruchomić maszynę, zabrać wodę i ruszyć tam, gdzie z lasu podnosił się dym.
PS Inspiracją do powstania tego tekstu był mieszkaniec Golc, mechanik lotniczy Andrzej Kasielski, który dopytywał, kiedy wreszcie odwiedzimy bazę w Krępsku. Niestety podczas wizyty nie zastaliśmy na miejscu Pans Andrzeja, ale dziękujemy za namowę. Miał Pan rację, to historia warta opowiedzenia.












Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.