Ostatnio coraz bardziej boję się nawet przejeżdżać koło stacji paliw, że o konieczności dokonywania tam zakupów nawet nie wspomnę. Powód? Znają go jak zły szeląg właściciele i użytkownicy wszystkiego, co jest napędzane silnikiem spalinowym – począwszy od motoroweru, poprzez kosiarkę i auta wszelkiego tonażu oraz gabarytów, a na czołgach i samolotach kończąc. To, co widać na pylonach, po prostu w głowie i portfelu się nie mieści!
Mój kraj umiłowany nie jest niestety mlekiem oraz miodem płynący, między innymi dlatego, iż nie obfituje w roponośne złoża. Że nie tylko mój kraj nie tryska ropą, nie jest dla mnie żadną pociechą. Ropa tryska gdzie indziej i nic z tym niestety nie zrobimy. Otwarta przy tym pozostaje kwestia, ile w Polsce kosztowałoby paliwo, gdyby ropa tryskała także u nas. Czy tylko mnie się wydaje, że zmieniłoby to niewiele?
Czasem w takich beznadziejnych przypadkach radzi się ludziom, że jedyne, co im pozostaje, to się przyzwyczaić, ale to chyba nie jest ten przypadek. Wyrzućmy precz złudzenia, a prawda jest bolesna: lepiej niestety już było i będzie jeszcze gorzej. Ja nawet nie wracam myślami do czasów, kiedy paliwo kosztowało 2 złote, bo to było tak dawno, że aż mi głupio, iż jeszcze takie rzeczy pamiętam. Mówię tylko o bieżącym roku, kiedy zdarzało mi się kupować napędowy olej za niecałe 6 złotych za litr i też – choć oceniając to z dzisiejszej perspektywy myślę o sobie jako o ówczesnym marudzie – wydawało mi się, że tanio nie jest. I wyszedłem na głupka, bo co mam powiedzieć dzisiaj, kiedy cena ON przekroczyła grubo 9 (słownie: dziewięć) złotych za litr?!
Ja już dawno prawie nie jeżdżę samochodem dla przyjemności. Jeżdżę głównie dlatego, że muszę. A skoro jeżdżę, bo muszę, więc płacić za paliwo też muszę i za żadne skarby nie potrafię znaleźć sposobu, jak by tu te wydatki przerzucić na innych. Zakup paliwa stanowi niestety fundamentalną część kosztów funkcjonowania mojej firmy. Gdyby ktoś miał jakiś pomysł, to bardzo proszę, żeby się nim ze mną podzielił – z tym, że proszę sobie darować propozycje podniesienia np. cen reklam czy ogłoszeń, bo mnie się i bez takich podpowiedzi krew w żyłach gotuje. Kosztów też znacząco nie ograniczę – z powodów jak wyżej.
Od czego to się właściwie zaczęło, znaczy te ropno-benzynowe podwyżki? Do tej pory zetknąłem się z tysiącami analiz i wszystkie wydały mi się przynajmniej częściowo uzasadnione. Wojny w różnych częściach świata, zmowy cenowe krajów, gdzie wydobywa się ropę oraz koncernów, które nią handlują, rosnący w różnych porach roku popyt, rozchwianie rynku – z tych najczęściej wymienianych przez ekspertów najbardziej przemawiają mi do wyobraźni wojny. Także ta, która już od 4,5 roku toczy się za naszą wschodnią granicą, ale przede wszystkim konflikt amerykańsko – irański, skutkujący m.in. utrzymywaną przez Iran blokadą Cieśniny Ormuz. Dla porządku jedynie przypomnę, że do czasu wybuchu wojny (a nie żadnego tam konfliktu, jak nazywają to niektórzy ślepowyznawcy obecnego prezydenta USA) odbywał się tamtędy transport 20 proc. światowego wydobycia najważniejszego dziś surowca energetycznego. Cudów nie ma – posypanie się światowego łańcucha dostaw ropy musiało odbić się na cenach. Ale żeby aż tak? Przecież nawet według najbardziej optymistycznych szacunków, w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a zwłaszcza kilku tygodni, paliwo podrożało o 50 procent!
Kto jest temu winny? Oczywiście praprzyczyna tej paliwowo-finansowej katastrofy mieszka w Białym Domu. Daruję sobie (choć nie przychodzi mi to łatwo) wyliczanie powodów, dla których Donald Trump nie jest ani na czele, ani nawet w środku listy polityków, których szanuję. Jego na tej liście w ogóle nie ma. Generalnie w mojej ocenie aktualny prezydent USA zachowuje się nie jak odpowiedzialny przywódca światowego mocarstwa, tylko jak przysłowiowy woźny starej daty w placówce dla młodzieży z problemami, oczywiście z całym szacunkiem dla wszystkich woźnych świata oraz całej młodzieży, w tym tej z problemami. Spod klawiatury wyrywają mi się teraz różne określenia powszechnie uznawane za obelżywe (a niektóre nawet bardzo) i muszę użyć całej resztki siły woli, żeby nie przenieść ich na monitory. Napiszę tyle: wbrew temu, co on sam o tym sądzi, świat nie jest ranczem Donalda Trumpa, a nawet gdyby był, to jeszcze nie jest powód, żeby strzelać bez ostrzeżenia do każdego, kto oddycha bez zgody pomarańczowego prezydenta. Ja oczywiście wiem, że Iran, a generalnie Bliski Wschód, nie jest najbezpieczniejszym regionem na kuli ziemskiej, tylko że jest tak nie od wczoraj i nie od początku kadencji pana Trumpa, więc dlaczego akurat teraz Amerykanie wywołali tę wojnę? Bo ktoś w Białym Domu zapomniał wziąć Prozac? Może to nadmiar złośliwości z mojej strony, ale poza powyższym jakoś nie mam pewności, czy aby na pewno zanim Trump zbombardował Teheran, wykorzystał wcześniej wszelkie możliwe środki, by pokazać Persom ich miejsce w światowej hierarchii. Skądinąd – z uwagi na tryskającą tam ropę – nie jest to miejsce poślednie, a tak w ogóle, to dzisiaj nie ma już w geopolityce czegoś takiego, jak konflikt lokalny. Każda wojna wywołuje bowiem skutki, odczuwalne w najodleglejszych zakątkach globu, a rozbujanie rynku ropy powoduje, że wszyscy za wszystko płacą drożej. Amerykanie za benzynę również – i tu tli się jeszcze iskierka nadziei dla świata…
A skoro już wiadomo, kto na tym traci, to pora zastanowić się, kto na tym zyskuje. Bo tacy też są. Zyskuje na przykład niejaki Putin, i to nawet z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że zrzucenie bomb na Iran przynajmniej częściowo zdejmuje z niego odium szaleńca i mordercy, który najechał Ukrainę. Owszem, on mordercą być nie przestaje, ale teraz już może śmiało powiedzieć: a Trump to co, inny jakiś? Jeśli Rosja jest agresorem, to USA też! A drugi powód (i wcale nie mniej ważny) jest taki, że w Rosji też tryska ropa i wzrost cen na światowych rynkach jest bandycie z Kremla mocno na rękę. Te różne deklaracje, że od ruskich świat nie kupi nawet kieliszka ropy i woreczka węgla można sobie bowiem wsadzić… między bajki, a wzrost cen surowców energetycznych to więcej pieniędzy na finansowanie wojny.
Wróćmy jednak na nasze podwórko. Na poziom cen paliwa w Polsce wpływa również otwarta wojna pomiędzy Premierem i Prezydentem RP. Żadne to wprawdzie zaskoczenie, ale wywołane tym dolegliwości ekonomiczne i społeczne są w tym przypadku ogromne. Premier deklarował, że można obniżyć ceny paliw – tyle, że nie zapłaci za to bezpośrednio budżet państwa, a koncerny paliwowe w ramach nowego podatku od ponadnormatywnego wzrostu cen. Zaiste, tak piękna jest to idea, że nawet Janosik do spółki z Robinem Hoodem by się jej nie powstydzili, o ile w ogóle by na to wpadli. Bo jak to jest: najpierw pozwalać komuś zarabiać krocie na łupieniu maluczkich (czytaj: nas wszystkich) i czerpać z tego solidną dolę, a przestać dokręcać podatkowo-akcyzową śrubę dopiero, kiedy robi się ciepło koło tyłków? Do nas, szaraczków i zwyczajnych zjadaczy miski ryżu, zaczyna w końcu docierać, że to koniec końców my płacimy te wszystkie podatki, akcyzy, opłaty i czort wie, co jeszcze, a nie koncerny paliwowe i energetyczne oraz bankowe konsorcja, itd.
No, a co to właściwie znaczy: ponadnormatywne zyski? Powiedzmy, pięć złotych na litrze to już za dużo, bo ludzie drą dzioby, więc żeby ich trochę uciszyć, chwilowo zarobimy po cztery złote, a potem sobie odbijemy? Może ja trochę przesadzam, ale może jednak nie? A z drugiej strony, skąd w Prezydencie ta tyleż nagła, co głęboka empatia wobec paliwowych koncernów, z Orlenem włącznie? Bo upadną? Wolne żarty… A nawet gdyby, to nie ma obawy: w ich miejsce pojawią się następne! Te konfitury są zbyt smaczne i łatwodostępne, żeby ktoś po nie nie zechciał sięgnąć.
Nie oszukujmy się: o nas i o nasze portfele chodzi tu najmniej. W ostatecznym rozrachunku liczy się bowiem tylko władza.
A ja szczerze powiem, że mnie jest wszystko jedno, kto za to zapłaci. Byle nie ja, bo ja już nie mam z czego.
Tomasz Chruścicki
Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.