Rozmowa (nie tylko o sporcie!) z Zosią Kałucką z Dobina, brązową medalistką paralekkoatletycznych mistrzostw świata w New Delhi, notowaną na drugim miejscu światowego rankingu zawodniczek, uprawiających frame runnig.
Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to wyjaśnijmy na początku, skąd się wzięła Twoja niepełnosprawność?
– Od urodzenia choruję na dziecięce porażenie mózgowe. W czasie porodu doszło do niedotlenienia mózgu. Chcę powiedzieć, że nikogo o nic nie obwiniam. Tak się po prostu stało…
Musiałaś nauczyć się z tym żyć… Jak bardzo przeszkadza Ci Twoja niepełnosprawność?
– Na ten moment zupełnie mi to nie przeszkadza.
A jak Cię odbierają inni? Myślę przede wszystkim o rówieśnikach.
– Wcześniej to różnie bywało… W czasach szkoły podstawowej byłam hejtowana i wyśmiewana. To nie było fajne, ale teraz, kiedy jestem już dorosła, nauczyłam się z tym żyć i czasami nawet się z tego śmieję. Tak to już jest, ja jestem taka, jaka jestem…
… i taką trzeba Cię lubić?
– Może nie trzeba, ale… można.
Ze strony innych ludzi spotyka cię więcej złego, czy dobrego?
– Na ten moment więcej dobrego. Podstawówka to był pod tym względem najgorszy okres, ale teraz mam wokół siebie grono znajomych i przyjaciół, którzy mnie wspierają. Nie przeszkadza im moja niepełnosprawność i traktują mnie jak każdego innego człowieka.
Jak liczne jest to grono?
– Myślę, że jest pięć takich osób, którym mogę zaufać.
Wróćmy jeszcze do tej nieszczęsnej podstawówki i hejtu, który Cię dotknął. To była zwykła szkoła?
– Zwykła, tylko z klasami integracyjnymi. Zdrowych dzieci było w niej o wiele więcej, niż niepełnosprawnych. Chodziłam do szkoły w Pile.
To bardzo przykry temat, ale może zostawmy go, skoro jest już za Tobą. Do jakiej szkoły poszłaś po podstawówce?
– Nie chciałam iść nigdzie do Piły, żeby nawet przypadkiem nie spotkać się z osobami, które mi uprzykrzały życie wcześniej. Zdecydowałam się iść do Starej Łubianki do liceum, ale ostatecznie klasa licealna tam nie powstała, więc postanowiłam uczyć się w zawodówce. Jeśli chodzi o to, jak układały się kontakty z rówieśnikami, to tam było już o wiele lepiej
A skąd wziął się w Twoim życiu sport?
– Jeszcze w czasie, kiedy chodziłam do tej podstawówki, było spotkanie odnośnie do tego sportu. Że warto, bo to dla nas ważne, i takie tam… Na początku w ogóle nie byłam do tego przekonana, prawdę mówiąc, nie chciało mi się. No, ale w końcu poszłam na pierwszy trening. Nawet mi się to spodobało, więc poszłam na kolejny i następne… A kiedy pojawiły się sukcesy, to się w to tak wkręciłam, że trenuję już osiem lat.
Czyli to nie było tak, że pojawiło się hasło: sport, i w głowie zapaliło Ci się czerwone światełko, że to coś dla Ciebie?
– Zupełnie nie. W sporcie miało chodzić też o rehabilitację, a ja zawsze miałam dużo zajęć rehabilitacyjnych, więc jakoś tego nie czułam. Trochę przekonali mnie rodzice, no i w końcu postanowiłam przynajmniej spróbować.
Jak nazywa się konkurencja, którą uprawiasz i na czym ona polega?
– Konkurencja nazywa się frame runnig, a polega na tym, że wsiada się na trójkołowy rower bez pedałów i odpychając się stopami od bieżni, biegnie się jak najszybciej do mety.
Jak wiele osób w Polsce uprawia frame running na poziomie wyczynowym?
– Mało. Myślę, że około 15 osób.
Zdobyłaś już do tej pory wiele tytułów mistrzowskich i medali w zawodach krajowych, kontynentalnych, a ostatnio również brązowy medal mistrzostw świata, tych sukcesów więc nie brakuje. Czy dziś jesteś dumna z tego, co robisz?
– Bardzo!
Jesteś świetną sportsmenką, ale przede wszystkim fajną, pogodną dziewczyną… Czego Ci w życiu brakuje?
– Niczego! Lubię swoje życie takie, jakie ono jest i nigdy nie myślałam o tym, że mi czegoś brakuje.
Sport, choć traktujesz go bardzo serio, nie wypełnia jednak całego Twojego życia. Czym jeszcze się interesujesz?
– Bardzo lubię słuchać muzyki. Moim idolem od sześciu lat jest Mata. Uwielbiam jeździć na koncerty i festiwale. A ogólnie mam w życiu taką zasadę, że chcę próbować wszystkiego, żeby potem nie żałować, że czegoś nie spróbowałam.
Jaką cenę płacisz za to, co robisz? Zdarzają Ci się kryzysy?
– Spędzam dużo czasu poza domem i to sprawia, że niekiedy jestem zmęczona i zniechęcona. Boli mnie też to, że moja dyscyplina jest niesprawiedliwa. Wcześniej startowaliśmy w trzech kategoriach: T1, T2 i T3, przy czym w T1 startowały osoby najbardziej upośledzone, a w T3 – najmniej. Niedawno zlikwidowana została kategoria T3 i w efekcie muszę rywalizować z osobami, które są o wiele sprawniejsze ode mnie. Ale nie załamuję się i robię swoje, chociaż niektóre zawodniczki zrezygnowały z uprawiania sportu po tym połączeniu kategorii.
Który z dotychczasowych sukcesów jest dla Ciebie najważniejszy?
– Chyba brązowy medal mistrzostw świata, który zdobyłam w tym roku w New Delhi w Indiach. Do tych zawodów wracam myślami najczęściej. W ogóle wszystko, co się tam działo, to, jak stałam na podium, to były emocje nie do opisania…
… i nagroda za ciężką, codzienną pracę. Jak wygląda Twój zwykły dzień?
– Czy jestem w domu, czy na zgrupowaniu, zawsze najważniejszy jest trening. Trwa on zwykle półtorej godziny. Potem jakiś film, słuchanie muzyki, zabawa z domowymi zwierzakami… Ale to zwykle poza okresem przygotowań i sezonem startowym. Wtedy najczęściej jestem poza domem: albo na obozie, albo na zawodach, krajowych czy zagranicznych. Tak jest od grudnia aż do września, zależy, kiedy kończy się sezon startowy. W tym roku był wyjątkowo długi, bo mistrzostwa świata w Indiach były dopiero w końcu października. Następny powinien być lżejszy i krótszy, bo zakończy się praktycznie już w czerwcu mistrzostwami Europy. Potem może jeszcze we wrześniu zawody z cyklu grand prix i koniec.
Obiecuję, że będziemy za Ciebie mocno ściskać kciuki! Dziękuję za rozmowę.
Karolina Lewczuk, mama Zosi: – Na początku nie miałam pojęcia, że frame running w ogóle stanie się dyscypliną, bo wprawdzie na świecie funkcjonował już jako sport, ale w Polsce był jeszcze prawie nieznany. Po kilku latach wygląda to już zupełnie inaczej, a w 2028 roku w Los Angeles zadebiutuje na igrzyskach paraolimpijskich.
Osiem lat temu miałam sporo wątpliwości, bo jeśli miałaby to być rehabilitacja, to Zosia miała już takich zajęć po kokardę. Bardziej myślałam o tym jako o szansie wyjścia z kręgu: szkoła – rehabilitacja – dom. I to się spełniło. Trenerami byli młodzi ludzie, osiemnasto- czy dziewiętnastoletni, z którymi Zosia złapała świetny kontakt.
Wszystko działo się stopniowo. Najpierw były zajęcia w sali, potem na wyspie w Pile, potem pierwsze zawody… Ale przez trzy czy cztery początkowe lata nie traktowaliśmy tego czysto sportowo. Dopiero po tym czasie był wyjazd na zawody międzynarodowe do Danii, gdzie jest kolebka tego sportu. Później w okresie pandemii Zosia jako jedna z bodajże trzech Polek pojechała na paralekkoatletyczne mistrzostwa Europy, gdzie niespodziewanie zdobyła brązowy medal. To był wielki i niespodziewany sukces, po którym zrozumieliśmy, że temat jest o wiele poważniejszy, niż nam się wcześniej wydawało. Bo skoro Zosia mogła zdobyć medal na mistrzostwach Europy właściwie trochę z marszu, to trzeba jej profesjonalnego trenera, klubu, który zapewni jej możliwość treningów w dobrych warunkach, udziału w zgrupowaniach, itp. Przez kilka lat Zosia uprawiała frame running pod auspicjami Fundacji Złotowianka. Po wywalczeniu medalu mistrzostw Europy została powołana do kadry narodowej, co otworzyło przed nią zdecydowanie większe możliwości rozwijania się. Rok temu podjęliśmy decyzję, że Zosia przeniesie się do Startu Gorzów, gdzie będzie miała o wiele lepsze warunki przede wszystkim jeśli chodzi o kadrę trenerską, specjalizującą się we frame runningu. Przy okazji warto dodać, że w Wałczu w tym roku też powstała sekcja lekkoatletyczna dla osób niepełnosprawnych, do której należy kilka osób. Prowadzi ją Marcin Koziej. Halę do treningów udostępnia nam COS OPO w Wałczu, co jest dla nas wielkim udogodnieniem, szczególnie zimą.
W tej chwili już zupełnie nie patrzę na sport jako na możliwość usprawnienia Zosi. Na pewno dużo jej dał, wzmocnił ją i fizycznie i psychicznie, ale teraz patrzę na to przez pryzmat radości życia, którą ona odczuwa po swoich kolejnych sukcesach i przez emocje, jakich dostarcza nam wszystkim. Jesteśmy z niej bardzo dumni.
Zosia była wychowywana w ten sposób, że niepełnosprawność nie może być wymówką, że czegoś nie zrobiła. Zrobić może wszystko, chociaż często kosztuje ją to więcej wysiłku, niż innych, a czasem musi liczyć na czyjąś pomoc. Ale ma wokół siebie życzliwych ludzi, którzy jej tej pomocy nie odmawiają.
Rozmawiał: Tomasz Chruścicki, fot. Bartłomiej Zborowski, archiwum domowe Zofii Kałuckiej




Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.