Takiego meczu najstarsi kibice w Wałczu chyba nie pamiętają… Do 16 minuty sędzia zdążył podyktować trzy rzuty karne, w tym dwa przeciwko drużynie Orła. Z tych trzech wykorzystany został tylko jeden – w 12 minucie Patryk Ściurkowski zdołał pokonać strzałem z 11 metrów golkipera Bałtyku, choć ten miał już piłkę na ręce. Bohaterem meczu z czołowym zespołem 4. ligi Bałtykiem Koszalin był jednak bramkarz Orła Franciszek Kanduła, który nie tylko obronił dwa rzuty karne w ciągu kwadransa, ale też grał bardzo dobrze w całym sobotnim spotkaniu.
Orzeł Wałcz – Bałtyk Koszalin 1-0 (1-0)
Orzeł: Kanduła – Antoniak, Jaworek, Osaka, Riccio – Kowalczuk, Trzmiel (82′ Leśny), Mrówczyński, Ściurkowski (90′ Moskwa), Rohs (70′ Wołejko), Kowalczuk (62′ Soetan) – Kijewski.
Bramka dla Orła: Ściurkowski (12”’, k.)
Orzeł stanął w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny przed niełatwym zadaniem zmazania plamy na honorze po wysokiej porażce z Astrą w Ustroniu Morskim sprzed tygodnia. Misja była jednak arcytrudna, i to z kilku powodów. Po pierwsze – wcale nie było pewne, czy wałecki zespół zdąży pozbierać się psychicznie po mocno nieudanej wyprawie nad morze. Po drugie – jego rywalem był zespół, który przed 20. kolejką zajmował w tabeli 5. miejsce, a Orzeł trzynaste, z dwukrotnie mniejszym dorobkiem punktowym. Po trzecie – do grona kontuzjowanych dołączył przed sobotnim meczem Konrad Mularczyk, a nie ma chyba sensu trwonić czasu na pisanie, ile znaczy ten zawodnik dla wałeckiego zespołu.
Czy można więc było upatrywać w czymś nadziei? Wbrew pozorom – tak. Można powiedzieć, że to irracjonalne, ale Bałtyk „leży” Orłowi, choć różnica poziomów pomiędzy tymi zespołami widoczna jest od zawsze gołym okiem. Potwierdzeniem tego paradoksu był między innymi jesienny mecz ligowy w Koszalinie, zakończony niespodziewaną wygraną Orła 2-1, po golach Mularczyka i Trzmiela. Nadzieja na powtórzenie takiego rozstrzygnięcia była słaba, ale… jednak była.
Relację z tego meczu trzeba zacząć od oceny – było to widowisko przedziwne. Czy można jednak napisać inaczej o piłkarskim starciu, w którym sędzia dyktuje rzut karny przeciwko gospodarzom już w pierwszej minucie meczu, a do szesnastej minuty gwiżdże aż trzy jedenastki, w tym dwa na korzyść gości? Teoretycznie w 17. minucie Orzeł powinien przegrywać już 1-2 – tyle, że gospodarze mieli w swoich szeregach bardzo dobrze dysponowanego bramkarza Franciszka Kandułę. Młody golkiper Orła przy pierwszym rzucie karnym wybrał swój prawy narożnik i… właśnie tam spotkały się z piłką jego ręce. W drugim przypadku do wykonania jedenastki podszedł już inny wykonawca, który uderzył w przeciwną stronę, jednak i tym razem Kanduła rzucił się we właściwym kierunku! Nie wiadomo oczywiście, jak potoczy się kariera młodego bramkarza, ale w Wałczu z pewnością zostanie zapamiętany jako ten, który wybronił dwa karne Bałtykowi w jednym meczu.
Zanim jednak do tego doszło, w 12. minucie co najwyżej przeciętnie sędziujący to spotkanie arbiter Andrzej Martynowicz dostrzegł, że jeden z obrońców gości nieprzepisowo powstrzymał w polu karnym szarżującego piłkarza Orła i dla odmiany podyktował jedenastkę na korzyść gospodarzy. Do jej wykonania podszedł Patryk Ściurkowski, który strzelił dość mocno w kierunku lewego słupka bramki Bałtyku. Oskar Pogorzelec wyczuł jego intencje i miał już piłkę na rękawicy, ale ostatecznie wpadła ona jednak do siatki i Orzeł niespodziewanie objął prowadzenie. Koledzy szczęśliwego strzelca wykonali na jego cześć tradycyjną kołyskę, gdyż państwo Ściurkowscy spodziewają się przyjścia na świat potomka (życzymy wszystkiego najlepszego!).
Wracając jednak do meczu – kłopot polegał na tym, w jaki sposób utrzymać korzystny wynik przez pozostałe 78 minut gry. Stara piłkarska zasada mówi, że gra się tak, jak pozwala przeciwnik, a Bałtyk nie pozwolił gospodarzom na zbyt wiele. Zespół gości, złożony w większości z młodych lub bardzo młodych piłkarzy był lepszy od Orła prawie w każdym aspekcie gry, poza skutecznością. Przewaga Bałtyku była chwilami miażdżąca, goście praktycznie nie schodzili z połowy miejscowych, a ci bronili się długi fragmentami niepokojąco blisko własnej bramki, ale za to szczęśliwie i skutecznie. A w razie czego za ich plecami był pewnie broniący Kanduła.
O ofensywnych zapędach Orła nie ma co pisać, bo ich – zwłaszcza w pierwszej połowie – za bardzo nie było. Goście natomiast mimo optycznej przewagi nie wypracowywali sobie klarownych sytuacji do oddania strzału. Obydwu zespołom trochę przeszkadzało w grze boisko – jak na tę porę roku dość suche, ale nierówne.
– Zabiegi pielęgnacyjne nawierzchni zaplanowane są na przyszły tydzień – mówił dyrektor sportowy Orła Adam Łukaszewicz.
W drugiej połowie grający z wiatrem przyjezdni jeszcze mocniej podkręcili tempo swoich ataków, ale gospodarze heroicznie bronili dostępu do swojej bramki. Piłkarzom Bałtyku na szczęście brakowało dokładności w ostatniej fazie niezliczonych ataków, choć ich dominacja nie podlegała dyskusji. Wraz z upływem czasu w szeregi koszalińskiego zespołu wkradało się coraz więcej nerwowości, co odbijało się na dokładności w rozegraniu oraz na celności dośrodkowań i strzałów. Oczywiście ani na trybunach, ani na ławce rezerwowych Orła nikt z tego powodu nie rozpaczał…
Co więcej, po jednej z nielicznych akcji ofensywnych Orła gola głową strzelił Konrad Trzmiel, jednak sędzia dopatrzył się w tej akcji pozycji spalonej piłkarza gospodarzy i trafienia nie uznał. Po kilku minutach piłka spadła w polu karnym pod nogi Osaki, który mocno i celnie strzelił lewą nogą z 12 metrów, jednak Oskar Pogorzelec popisał się świetnym refleksem.
Im bliżej było ostatniego gwizdka, tym bardziej gra stawała się szarpana, a sędzia hojnie obdzielał żółtymi kartkami piłkarzy obydwu drużyn. Napomniany w ten sposób został również trener Orła Roman Michorek, protestujący głośno po jednej z niezrozumiałych decyzji Andrzeja Martynowicza.
Końcowy gwizdek przyjęty został w obydwu drużynach w skrajnie odmiennych nastrojach: goście szli do szatni wściekli, a gospodarze po zakręceniu zwycięskiej karuzeli na środku boiska zbijali piątki z kibicami, a po drodze do szatni przyjmowali zasłużone gratulacje za niezłomną postawę.
Orzeł wygrał ten mecz nie umiejętnościami, tylko charakterem, ambicją i walecznością.
– Nieważne jak, ważne, że wygraliśmy – mówił A. Łukaszewicz. – Wiadomo, że bardzo potrzebujemy punktów, a zdobycie ich w meczu z takim rywalem cieszy podwójnie.
W najbliższą sobotę piłkarzy Orła czeka jeszcze trudniejsze zadanie – wyjazdowy mecz z liderem 4. ligi Iskierką Szczecin. Zdarzało się jednak, że wałecki zespół wracał ze Śmierdnicy z korzystnym wynikiem, więc… może i tym razem?

Komentarze
Dołącz do dyskusji.
Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.