Przejdź do treści

Detektywi przeszłości

Miała powstać jedna historia o gminie Wałcz, a ostatecznie powstało ich dziesięć. Niektóre doczekały się wznowień i dodruków, kolejne wciąż czekają na realizację. W trakcie tego historycznego śledztwa odnaleziono zaginionego anioła z Wielboków i XVII‑wieczny kielich. Za poszukiwaniami stoi duet

Zuzanna Błaszczyk-Koniecko
Zuzanna Błaszczyk-Koniecko
Aktualizacja: ~10 min czytania 0 komentarzy


Miała powstać jedna historia o gminie Wałcz, a ostatecznie powstało ich dziesięć. Niektóre doczekały się wznowień i dodruków, kolejne wciąż czekają na realizację. W trakcie tego historycznego śledztwa odnaleziono zaginionego anioła z Wielboków i XVII‑wieczny kielich. Za poszukiwaniami stoi duet biblioteczno‑historyczny: dyrektorka Biblioteki Publicznej Gminy Wałcz Aldona Piaskowska oraz Jarosław Leszczełowski, regionalista i autor kilkudziesięciu książek o historii Pomorza. Zuzanna Błaszczyk‑Koniecko rozmawia z nimi o pamięci miejsca, pracy u podstaw i odkrywaniu białych plam lokalnej historii.

Zwrócę się najpierw do Pana. Nie jest Pan historykiem z wykształcenia. Kim więc jest Jarosław Leszczełowski?

Jarosław Leszczełowski (JL): Z wykształcenia jestem oficerem Wojska Polskiego, konkretnie zwiadowcą. Później zostałem informatykiem. W 1997 roku ukończyłem Uniwersytet Bundeswehry w Monachium. Historia natomiast to moja pasja od dzieciństwa. Nigdy nie studiowałem jej formalnie, ale pracuję jak historyk: opieram się na źródłach archiwalnych, ikonografii, relacjach świadków, dawnych publikacjach, dokumentach kościelnych i urzędowych. Ogromną rolę odgrywa też teren, bo historię regionu naprawdę trzeba „przejść własnymi nogami”.

Kiedy pojawiła się pierwsza książka?

JL: W 2007 roku. Zaczęło się od forum internetowego poświęconego historii Złocieńca. Przeczytałem niemiecką monografię miasta z 1933 roku i uderzyło mnie, jak ogromna część tej historii jest dziś nieznana mieszkańcom. Zacząłem publikować krótkie „zagadki historyczne”. Reakcja była natychmiastowa: ludzie dopytywali, komentowali, dzielili się własnymi informacjami. Lokalna gazeta zaproponowała mi cykl artykułów. Było ich dwanaście, nakład się podwoił, a czytelnicy zaczęli pytać: „kiedy książka?”. Tak powstała pierwsza. Dziś jest ich około pięćdziesięciu.

Jak doszło do Waszej współpracy?

Aldona Piaskowska (AP): To był właściwie przypadek. Przeczytałam artykuł Jarka o von der Goltzach z Siemczyna, który był napisany tak, że z jednej strony zawierał wiele ważnych informacji i faktów historycznych, a z drugiej bardzo dobrze się go czytało. Dla mnie od początku było jasne, że to jest coś zupełnie innego niż klasyczne opracowania regionalne. Ten autor nie pisze „z góry”, nie poucza, nie tworzy hermetycznego języka. On opowiada i snuje swoją opowieść. A biblioteka jest właśnie miejscem opowieści – i tych zapisanych, i tych przekazywanych ustnie. Gdy przeczytałam jego tekst o Golcach z Siemczyna, zrozumiałam, że to dokładnie taki sposób narracji, jakiego potrzebujemy: rzetelny, ale żywy. A że von der Goltzowie byli silnie związani także z terenem dzisiejszej gminy Wałcz, znalazłam autora tej publikacji i skontaktowałam się z nim. Spotkaliśmy się z myślą o jednej książce, konkretnej publikacji o historii rodu Golczów. Nikt z nas wtedy nie zakładał, że powstanie cały cykl. A ja cieszyłam się, że mamy wreszcie rzetelne opracowanie historyczne o naszej gminie.

JL: Rzeczywiście, miała być jedna książka. Popularnonaukowa, oparta na źródłach, pisana właściwie „po kosztach”. Ale wtedy wciągnęły nas fascynujące dzieje ziemi wałeckiej i po jednej udanej publikacji czuliśmy niedosyt. Ona pokazała, że o skomplikowanej, trudnej historii można pisać w sposób przystępny, a jednocześnie uczciwy badawczo.

Dlaczego historia gminy Wałcz była wcześniej tak słabo obecna w literaturze?

JL: Bo dotychczas powstawały głównie monografie powiatu wałeckiego, w których historia skupiała się na dziejach Wałcza jako miasta albo na szerokim regionie Pomorza. Ze zrozumiałych względów małe miejscowości traktowane były zdawkowo – praktycznie nie istniały w opracowaniach. Brakowało szerszych opisów ich dziejów. Nie było monografii Lubna, Karsiboru, Dębołęki czy Kłębowca. A przecież każda z tych wsi ma kilkaset lat historii.

AP: Dla mieszkańców to było bardzo dotkliwe. Często słyszałam: „U nas nic nie ma”, „u nas nic się nie działo”. Mieszkamy w zwykłej, nieciekawej miejscowości. A książki Jarosława Leszczełowskiego pokazały, że to nieprawda. One naprawdę zmieniają sposób myślenia o miejscu zamieszkania. Nagle okazało się, że każda z tych wsi ma swoją historię, że swoją historię mają aktualni i wcześniejsi mieszkańcy tych ziem.

Pojawiła się koncepcja „Wędrówek w pięciu wymiarach”…

JL: To mój autorski sposób opowiadania historii określonego obszaru. Trzy pierwsze wymiary to przestrzeń – realna wędrówka po terenie. Czwarty to czas: zatrzymujemy się przy kościele, młynie czy dworze i cofamy się o sto, trzysta, pięćset lat. Piąty wymiar to ludzka wyobraźnia – legendy, wierzenia, opowieści krążące wśród dawnych mieszkańców. Nie wymyślam tych legend, ale szukam ich w dawnych publikacjach, czasopismach i wspomnieniach. Następnie opisuję je na swój sposób, zachowując oryginalne motywy. Wszystko ma swoje źródła. Dzięki temu historia przestaje być martwa.

AP: I to jest właśnie ten moment, kiedy działania biblioteki wychodzą poza jej mury. Te książki prowokują do spacerów, rajdów rowerowych, rodzinnych wypraw. Biblioteka przestaje być tylko miejscem wypożyczania książek – staje się punktem startowym do odkrywania lokalnej historii. I tak rzeczywiście się dzieje. Do biblioteki w Lubnie przyjeżdżają mieszkańcy i turyści z „Wędrówkami…” w dłoniach, opowiadają o swoich odkryciach, przyznają, że wcześniej właściwie nie znali historii swojej gminy, swojej miejscowości a „Wędrówki…” stały się pretekstem do jej poznania.

Skoro jesteśmy przy odkryciach, wiem, że podczas badań natrafiacie na rzeczy naprawdę wyjątkowe. Opowiedzcie o nich.

JL: Tak, bardzo często – i do wielu z tych odkryć dochodzi także dzięki naszym Czytelnikom. Napisałem kiedyś o XVII‑wiecznym kielichu z Lubna, ufundowanym przez Golców, który uznawano za zaginiony. Dostałem informację, że jeden z naszych Czytelników widział go w kościele w Karsiborze. Przez lata stał w zakrystii, tylko nikt nie wiedział, jak cenną pamiątką historyczną jest. Kiedy w końcu mogłem mu się przyjrzeć, zweryfikowałem treść napisów, które na nim wyryto. Zauważyłem datę: rok 1619 i inicjały KvdG, a nie – jak podawano w XIX‑wiecznych publikacjach niemieckich – RvdG. Dzięki temu wiedzieliśmy już, że fundatorem naczynia był Konrad von der Goltz, zwany Konradem z Lubna.

Podobnie fascynująca była historia anioła chrzcielnego z XVIII wieku z kościoła z Wielboków. Podczas pracy nad „Wierzchowskimi wędrówkami w pięciu wymiarach” trafiłem na opisy osiemnastowiecznego, ryglowego kościoła w Wielbokach, który istniał do lat pięćdziesiątych XX w. Z dziewiętnastowiecznych źródeł wiadomo było, że znajdował się tam między innymi anioł chrzcielny: duża, drewniana figura opuszczana na linie nad chrzcielnicą. Kościół w Wielbokach został zniszczony w latach pięćdziesiątych, a część jego wyposażenia trafiła do różnych parafii. Figura została wyrwana z kontekstu historycznego, przestała być rozpoznawalna. Anioł przez lata był uznawany za zaginiony zabytek ruchomy, a jego los pozostawał nieznany.

AP: Został odnaleziony zupełnie nieoczekiwanie, przy okazji zupełnie innej sprawy. Chodziło o żeliwną chorągiewkę z początku XIX w. z kościoła w Karsiborze. Była zaniedbana i istniało realne ryzyko, że ktoś uzna ją za zwykły kawałek metalu i sprzeda na złom. Informację o jej istnieniu przekazał mi kościelny. Kiedy rozmawiałam z księdzem i zaproponowałam przekazanie chorągiewki w depozyt do izby regionalnej, którą planuję stworzyć, ksiądz powiedział, że nie tylko się zgadza, ale jeszcze przekaże mi w depozyt anioła. Okazało się, że figura została znaleziona podczas remontu wieży kościoła w Rudkach (kościoły w Rudkach i Karsiborze należą do jednej parafii – dop. aut.) wysoko, przy samej górze konstrukcji. Była tam przechowywana przez lata.

Gdy pojechałam obejrzeć figurę, nie mogłam wyjść ze zdumienia, bo to nie była niewielka rzeźba, jakiej się spodziewałam, ale pełnowymiarowy anioł chrzcielny, wielkości dorosłego człowieka. Proszę sobie wyobrazić, jak wyglądał transport tej figury niewielkim samochodem osobowym…

JL: Gdy Aldona opowiedziała mi o znalezisku, natychmiast zrozumiałem, że anioł chrzcielny z Wielboków właśnie się odnalazł.

Świadkowie odgrywają ogromną rolę nie tylko przy ratowaniu zabytków…

JL: Są opowieści żyjących jeszcze świadków historii, bo należą do podstawowych materiałów źródłowych i, co równie ważne, ożywiają opowieść o dawnych wydarzeniach. Wielu ludzi, z którymi rozmawiałem, już nie żyje, a ich wspomnienia przetrwały wyłącznie dlatego, że zostały zapisane.

Szczególnie wstrząsnęła mną rozmowa z mieszkanką Szydłowa, która jako dwunastoletnie dziecko przeżyła rok 1945. Jej rodzina zdecydowała się „przeczekać front” w Dobrzycy. To był ogromny błąd. Dziadek został zastrzelony, a cała wieś stała się miejscem licznych zbrodni. Opowiadała mi o wojnie z perspektywy dziecka i o tym, że bardziej niż frontowych żołnierzy bali się później sowieckich maruderów, pozbawionych dyscypliny żołnierzy z tzw. „tyłów”, którzy po przejściu frontu grabili, plądrowali i dopuszczali się przemocy wobec ludności cywilnej. Dwa lata po naszej rozmowie autorka wspomnień zmarła. Bez zapisu ta historia zniknęłaby bez śladu. Dlatego tak bardzo zależy mi na przytaczaniu relacji w pierwszej osobie, bo to świadek, w przeciwieństwie do historyka, naprawdę przeżył te wydarzenia. Opowieść wzbogacona o takie relacje ma więcej dynamiki.

Wasza najnowsza książka opowiada o herbie gminy Wałcz?

AP: Tak, zgadza się. I w tym przypadku okazało się, że historia jest fascynująca. Pomysł na tą publikację leżał u mnie na półce kilka lat. Z pierwotnego planu wydania ulotki czy broszury powstała około 50 stronicowa książka…Herb gminy Wałcz wywodzi się bowiem z herbu miejskiego, który przestał być używany. Historia herbu dotyka dziejów Starego i Nowego Miasta Wałcz oraz ich zjednoczenia, więc powinna być interesująca także dla wałczan.

JL: Historia heraldyki miasta i gminy jest niezwykle skomplikowana i pełna zagadek. Herb gminy – trzy snopki – ma bardzo interesującą symbolikę i był używany jako herb części miasta w XVI i XVII wieku, i co ciekawe, również jako herb Wałcza po 1945 roku, aż do lat 60. Dopiero później powrócono do herbu z koroną. Konsekwentnie zaczęto używać go dopiero w latach 70., pod wpływem publikacji profesora Borasa, bo prawdopodobnie jest to najstarszy herb wałecki.

Jakie są dalsze plany?

AP: Marzy mi się nowoczesna izba pamięci: multimedialna, interaktywna, oparta na historii naszej gminy, ale otwarta również na głosy mieszkańców. Mam już salę, dobre oświetlenie i eksponaty. Na pewno poproszę Jarka o wsparcie przy opracowaniu eksponatów, ale brakuje mi jeszcze środków na wyposażenie. Chciałabym, żeby historia naszej gminy była prezentowana na dużym ekranie, żeby można było kliknąć na miejscowość i zobaczyć filmiki, zdjęcia czy opisy. Oczywiście trzeba będzie napisać program, ale od tego chciałabym zacząć. W tej przestrzeni mogłyby też odbywać się regionalne prelekcje dla mieszkańców i zainteresowanych grup.

Oprócz historii, którą opisujemy w naszych książkach, mam też pamiątki po lokalnych twórcach, np. po rzeźbiarzu z Kłębowca, panu Zielińskim. Jego potomkowie pozwolili mi wziąć kilka zachowanych dzieł. To wszystko razem może stworzyć miejsce, w którym historia nie stoi „za szkłem”, tylko naprawdę żyje i jest częścią naszej codzienności – czymś, co towarzyszy nam na co dzień, buduje lokalną tożsamość i pozwala mieszkańcom poczuć, że są częścią większej opowieści, która trwa tu od pokoleń.

JL: Historia ziemi wałeckiej i samego Wałcza wciąż kryje mnóstwo tajemnic, a ja mam całe mnóstwo pomysłów na to, jak je odkryć i pokazać mieszkańcom…

Dziękuję za rozmowę

Kielich, fot. A. Piaskowska

Powiązane artykuły

Komentarze

Dołącz do dyskusji.

Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * sa obowiazkowe.