Przejdź do treści

Ciśnienie rośnie

Przegrywając u siebie z sąsiadującą z nim w tabeli Iną Goleniów wałecki Orzeł mocno skomplikował sobie walkę o utrzymanie w 4. lidze. Porażka z zespołem, który jesienią pokonało się 5-2 na wyjeździe, z pewnością boli. A jeszcze bardziej bolała bezsilność

Tomasz Chruścicki
Tomasz Chruścicki
Aktualizacja: ~6 min czytania 0 komentarzy


Przegrywając u siebie z sąsiadującą z nim w tabeli Iną Goleniów wałecki Orzeł mocno skomplikował sobie walkę o utrzymanie w 4. lidze. Porażka z zespołem, który jesienią pokonało się 5-2 na wyjeździe, z pewnością boli. A jeszcze bardziej bolała bezsilność wałeckiej drużyny w meczu, który po prostu trzeba było wygrać.

Orzeł Wałcz – Ina Goleniów 0-1 (0-0)

Orzeł: Kanduła – Antoniak, Trzmiel, Jaworek, Riccio – Kasperek (46′ Mularczyk, 57′ Suślik), Mrówczyński (67′ Wołejko), Hermanowicz, Ściurkowski, Soetan (46′ Rohs) – Kijewski.

Mecz z Iną Goleniów miał bardzo duży ciężar gatunkowy. Wyczekiwane zwycięstwo Orła miało utrzymać gości w tabeli za plecami wałeckiej drużyny z dość komfortową przewagą 5 punktów. Pod Orła ułożyły się również wyniki spotkań innych zagrożonych spadkiem zespołów, czyli Błękitnych II Stargard, Mechanika Bobolice oraz Darłovii Darłowo i nawet wygrana Gryfa Kamień Pom. (z Mechanikiem Bobolice) nie zepsułaby humorów wałeckim kibicom. Wystarczyło tylko pokonać Inę Goleniów… Łatwo jest jednak napisać, trudniej wygrać. Z drugiej strony – jeśli nie teraz, to kiedy?

I właśnie w sobotę 16 maja wygrać się Orłowi nie udało. Co więcej – nie udało mu się nawet zremisować, a mimo całej sympatii dla wałeckich piłkarzy muszę przyznać, że nie zasłużyli w sobotę na jakąkolwiek zdobycz punktową. Taki to był niestety mecz.

Wbrew temu, co się zazwyczaj mówi i pisze w takich sytuacjach, przyczyn porażki nie warto szukać w braku ambicji i zaangażowania. Tego akurat wałeckiej drużynie nie brakowało, a może nawet było aż nadto. Bliższa prawdy wydaje się opinia, że ciężar gatunkowy sobotniego meczu spętał wielu piłkarzom Orła nie tylko nogi, ale przede wszystkim głowy. Tak naprawdę przez większą część meczu – może poza pierwszymi 20. minutami – kibice obserwowali jeden schemat: długa piłka z pominięciem linii pomocy na Marka Hermanowicza i nadzieja, że kapitanowi uda się wygrać pojedynek główkowy. Niestety, goście szybko się w tym połapali i doświadczony piłkarz toczył pojedynki nie z jednym, tylko z kilkoma rosłymi rywalami i niezbyt często wychodził z nich zwycięsko. Ściurkowski kilka razy próbował długimi podaniami uruchomić albo Kasperka, albo Soetana, ale obydwaj grający na skrzydłach piłkarze seryjnie tracili piłkę.

A goście z każdą minutą zyskiwali coraz więcej pewności siebie. W pierwszej połowie nie udało im się strzelić gola tylko dlatego, że w decydujących momentach brakowało im zimnej krwi i precyzji, a kilka razy zespół Orła przed stratą bramki ratował świetnie interweniujący Kanduła. Już jednak przed przerwą w powietrzu czuć było nadciągającą katastrofę.

Cała nadzieja kibiców Orła miała w sobotę konkretne imię i nazwisko: Konrad Mularczyk. Piłkarz, którego bliżej przedstawiać nie trzeba, w poprzednim meczu w Dębnie nie zagrał z powodu nadmiaru żółtych kartek, ale także niezaleczonej kontuzji łydki. Mecz z Iną Mularczyk zaczął na ławce rezerwowych, ale kiedy stało się jasne, że trener Michorek wpuści go na drugą połowę, po trybunach poniósł się szmer nadziei i wyczekiwania.

– Kto jak kto, ale Mular na pewno coś strzeli – można było usłyszeć wśród kibiców.

Drugim piłkarzem Orła, który pojawił się po przerwie na boisku, był Denis Rohs. Zmienił on grającego kolejny mecz bezproduktywnie i chaotycznie Soetana. Jeśli jednak nowi piłkarze trochę rozruszali grę Orła, to nie na długo. W dodatku w 50. minucie Orzeł stracił gola, który w 100 procentach wyczerpywał znaczenie słowa: kuriozalny. Po jednej z kontr Iny piłka trafiła do stojącego niemal na linii bramkowej Bartosza Blatkiewicza, który rzecz jasna kopnął ją do siatki, jednak niespecjalnie się z tego cieszył, gdyż był przekonany, że znajdował się na pozycji spalonej. Sędzia Maciej Mazur po wzrokowej konsultacji z liniowym nakazał jednak wznowienie gry ze środka boiska. Arbiter spokojnie wytłumaczył swoją decyzję protestującym wałeckim piłkarzom, a po meczu wyjaśnił, że o ile Blatkiewicz stał PRAWIE na linii bramkowej, o tyle jeden z obrońców Orła po prostu na niej stał, więc o spalonym mowy być nie mogło…

Cała nadzieja Orła polegała w tym momencie na Mularczyku i na tym, że na odwrócenie losów meczu została prawie cała połowa. Niestety, już w 53. minucie stało się jasne, że Mularczyk nie będzie w stanie pomóc swoim kolegom. Zawodnik poczuł ból w kontuzjowanym mięśniu, usiadł na boisku i choć po próbie uśmierzenia bólu przez pełniącego wiele funkcji Wojciecha Wesołowskiego (drugi trener, kierownik drużyny i pomoc medyczna) jeszcze przez chwilę pozostał na boisku, jednak głównie po to, by dać chwilę na rozgrzewkę Karolowi Suślikowi, który go ostatecznie zmienił. Trener Michorek ustawił młodego zawodnika na prawej pomocy, a do przodu wysłał Huberta Antoniaka.

Niestety, ani ta logicznie wyglądająca roszada, ani rosnąca wraz z upływem minut determinacja wałeckich zawodników nie doprowadziły do zmiany fatalnego dla nich wyniku. Z prób podejmowanych przez graczy Orła po prostu niewiele wynikało. Dość powiedzieć, że najlepszą okazję do wyrównania miał Patryk Ściurkowski, który uderzył na bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego, jednak młody golkiper Iny spisał się bez zarzutu. I to, niestety, w zasadzie wszystkie warte wzmianki okazje strzeleckie gospodarzy…

Za sobotnim mecz w zespole Orła trudno kogokolwiek – poza Kadułą – wyróżnić. Przebłyski dobrej gry mieli Antoniak, Riccio, Hermanowicz i Ściurkowski, jednak było to za mało, by złamać gości, którzy z żelazną konsekwencją zrealizowali swój plan na ten mecz. Co więcej, zwycięstwo Iny mogło być o wiele bardziej okazałe, więc nie da się powiedzieć, że porażka Orła była przypadkowa.

Co dalej? Wałecka drużyna ma do rozegrania cztery mecze: z Gwardią Koszalin (w), Świtem II Szczecin (d), Błękitnymi II Stargard (w) oraz Gryfem Kamień Pom. (d). Wałczanie dopiszą jeszcze do swojego dorobku 3 punkty za walkower z Gavią Choszczno, ale to samo dotyczy również m.in. Mechanika Bobolice i Darłovii Darłowo. Rozważania dotyczące tego, który z rywali jest trudniejszy, a który łatwiejszy, są o tyle pozbawione sensu, że w sytuacji, w jakiej znalazł się teraz Orzeł, trzeba grać o zwycięstwo z każdym rywalem – nawet z tym, który jest teoretycznie poza zasięgiem wałeckiej drużyny. Inne nastawienie może doprowadzić do tego, że w kolejnym sezonie kibice Orła będą się pasjonować derbami na poziomie klasy okręgowej ze Wspólnymi Różewo, którzy są o krok od awansu z klasy A.

A do klasy A już prawie awansowały rezerwy Orła. Zawsze to jakaś pociecha…

Fot. Photo by KAJA. Fotografia Sportowa Kaja Rodzik

Powiązane artykuły

Komentarze

Dołącz do dyskusji.

Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * sa obowiazkowe.