Metoda odwracania głowy w drugą stronę i udawania, że nic się nie dzieje, nie pierwszy raz (a założę się, że nie ostatni) okazuje się kompletnie nieskuteczna. Co gorsza, przez ignorowanie rzeczywistości rośnie we mnie frustracja, która potęguje moje problemy z układem pokarmowym. W końcu ulegam i z ciężkim sercem siadam do napisania tego tekstu. Nie chcę nim nikogo urazić, ani tym bardziej krzywdzić – chcę tylko wyrazić swój żal i niezadowolenie, wywołane ostrym kryzysem w obecnych stosunkach polsko-ukraińskich.
Poniższe słowa nie dotyczą Ukraińców jako narodu, a już na pewno nie dotyczą moich ukraińskich przyjaciół, bez względu na to, jaki mają w kieszeni paszport. Nadal podziwiam ich heroiczną walkę z ruską swołoczą, jaką toczą przede wszystkim w obronie swojego kraju, ale także Europy i świata. Czyli – także w obronie mojej i moich najbliższych. Byłem, jestem i będę im za to wdzięczny, bez względu na to, jaki będzie dalszy bieg wypadków.
Skąd więc moja frustracja? Otóż wojna to wojna, ale Ukraina jest nadal suwerennym państwem, posiadającym swój rząd i prezydenta, a ci prowadzą własną politykę, oczywiście na miarę swoich aktualnych możliwości. Elementem tej polityki powinno być między innymi utrzymywanie dobrosąsiedzkich relacji z krajami, które nie są w strefie wpływów putinowskiej Rosji, czyli między innymi z Polską.
Fakt: relacje polsko-ukraińskie nigdy nie były idylliczne. Ogromnym cieniem kładła i nadal kładzie się na nich kwestia nierozliczonej po dziś dzień rzezi wołyńskiej z jednej strony, a z drugiej antyukraińskiej polityki prowadzonej przez Piłsudskiego oraz powojennej akcji Wisła. Nie wdając się w szczegóły trzeba jednak przypomnieć, że kruche status quo w tej sprawie opierało się ostatnio na tym, iż jest to temat do którego trzeba będzie wrócić – tyle, że w bardziej stabilnych geopolitycznie okolicznościach. Również na tym, że rozliczaniem obustronnych krzywd powinni zająć się historycy, a rządy obu krajów muszą skoncentrować się na pielęgnowaniu przynajmniej poprawnych stosunków dwustronnych.
Nie ma skutku bez przyczyny i każdą lawinę zawsze wywołuje jakiś kamień. Owszem, po fali entuzjazmu dla Ukrainy, która w momencie wybuchu pełnoskalowej wojny z Rosją ogarnęła prawie całą Polskę, nie pozostało już właściwie nic. Do głosu w naszym kraju doszli ci, których stosunek do Ukrainy i jej obywateli zaczął do złudzenia przypominać to, co cechowało w okresie międzywojnia wielu Polaków, zamieszkujących sporne terytoria na pograniczu obydwu państw. Niczym nie uzasadnione poczucie wyższości, czasem wręcz pogarda, a bywa, że i agresja – niestety, z takim traktowaniem coraz częściej, a wręcz nagminnie, spotykają się dziś Ukraińcy przebywający w Polsce. Także ci, którzy żyją tu już od wielu lat, gdzie uczciwie pracują, pozakładali rodziny, kupili mieszkania i samochody, uruchomili firmy. Tak niestety jest i osobiście jest mi z tym źle. Takie nastroje bez żadnego wysiłku można dostrzec również wśród polityków – pomijając już obydwie Konfederacje, znany ze swoich antyukraińskich poglądów jest na przykład były premier Leszek Miller, skądinąd dygnitarz z PRL-owskim rodowodem, kiedy i my, i Ukraińcy wspólnie dusiliśmy się pod sowieckim butem.
Z drugiej jednak strony nie da się też powiedzieć, żeby propolskie nastroje w Ukrainie były jakoś bardzo powszechne. Po drugiej stronie granicy ciągle żywy jest stereotyp panoszącego się Lacha, nietykalnego wobec prawa i bogacącego się na krzywdzie ukraińskich chłopów. Zupełnie taki, jakby się w ciągu powojennych lat, a zwłaszcza po rozpadzie ruskiego imperium, nic w polsko-ukraińskich relacjach pozytywnego nie wydarzyło. A wydarzyło się przecież więcej, niż można było oczekiwać, zwłaszcza zważywszy na wspomniany już nierozliczony rachunek krzywd.
Sądziłem, że Polska i Ukraina są na dobrej drodze do zakopania dzielących je rowów niechęci i nieufności. Myślałem, że trochę paradoksalnie przysłuży się temu wojna, która dzień po dniu niszczy Ukrainę, a zwłaszcza że przysłuży się temu postawa Polaków wobec tej tragedii, przejawiana szczególnie w pierwszym okresie po wkroczeniu ruskiej swołoczy do kraju naszego sąsiada. Mimo różnic, które przecież nie znikły, sprawy zdawały się iść w dobrym kierunku. Przyszedł jednak dzień, kiedy prezydent Zełenski nadał jednej z jednostek armii ukraińskiej imię Romana Szuchewycza, jednego z dowódców UPA i – według powszechnie dostępnych dokumentów – współodpowiedzialnego przynajmniej za koordynowanie rzezi wołyńskiej, w której według szacunków śmierć poniosło ok. 100 tys. Polaków.
Ta decyzja Zełenskiego spotkała się w Polsce z ostrą i powszechną, a nie muszę chyba dodawać, że także skrajnie krytyczną oceną. Był to ten wspomniany już kamień, który uruchomił lawinę zdarzeń, począwszy od odebrania Zełenskiemu przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego, poprzez serię zwrotów innych odznaczeń przez polskich i ukraińskich polityków, prowokacyjny udział niezaproszonego mera Lwowa w konferencji w Gdańsku, poświęconej odbudowie Ukrainy, aż po kolejną decyzję Wołodymyra Zełenskiego o utworzeniu Panteonu Narodowego i jego hardą deklarację, że nikt nie będzie Ukrainie mówił, których bohaterów ma szanować, a których nie.
W tym akurat punkcie w pełni się z prezydentem Ukrainy zgadzam – nikt tego nie będzie mówił. I nikt nie mówi, choćby dlatego, że nikt nie ma takiej mocy sprawczej. Zdumiewające jest jednak dla mnie to, że Zełenski nie wie lub ignoruje fakt, że każde działanie (nie tylko zresztą jego) podlega ocenie, która często jest krytyczna. W tym wypadku taka właśnie musiała być ta ocena, a też czas i okoliczności podjęcia decyzji przez prezydenta Ukrainy okazały się fatalne w skutkach dla dobrosąsiedzkich relacji. Komentatorzy zastanawiają się teraz, czy była to nieostrożność, czy świadomie wywołany konflikt, który cały czas narasta.
Dodam jeszcze, że uhonorowanie Romana Szuchewycza oraz innych czołowych działaczy OUN czy bojowników UPA ani nie zdarzyło się w Ukrainie po raz pierwszy, ani nie jest zjawiskiem odosobnionym. Sam Szuchewycz, ale także Stepan Bandera i wielu innych doczekało się m.in. nazywania swoimi imionami szkół czy ulic oraz tworzenia poświęconych im muzeów. Tyle, że działo się to przed wybuchem ukraińsko-rosyjskiej wojny, a więc w skrajnie innych okolicznościach i Polska raczej nie darła z tego powodu szat.
Ale teraz ja do prezydenta Zełenskiego jako Polak mam pretensję o to, że skoro umowa przewidywała prowadzenie polityki historycznej dotyczącej naszych krajów przez historyków, to trzeba było zaczekać na efekty ich pracy. Nie chcę posiłkować się wyrazistymi porównaniami, ale nazwanie imieniem Szuchewycza jednostki wojskowej osobiście odebrałem jako, powiedzmy, prowokację, która ani nie mogła ujść uwadze Polaków, ani też nie mogła doprowadzić do niczego dobrego.
I co teraz? Mam nadzieję (ale już nie pewność!), że nie jest jeszcze za późno, aby strona ukraińska przyznała się do błędu, bo bez względu na to, czy reakcja Polski była adekwatna, czy nie – grzech pierworodny obciąża tym razem prezydenta Zełenskiego, i to on jako pierwszy powinien wyciągnąć rękę do zgody. Chyba, że – w co mimo wszystko nie wierzę – nie jest mu ta zgoda do niczego potrzebna.
Na koniec pragnę serdecznie pozdrowić Marka, Krystynę, Kasię, Anię, Serhija, Sofię, Maję, Ihora oraz inne córki i synów narodu ukraińskiego, których mam przyjemność znać, szanować i lubić oraz zadeklarować w związku z powyższym, że z mojej strony nic się nie zmieniło. Bo dla mnie ważny jest człowiek i żaden polityk – ani wasz, ani nasz – tego nie zmieni.
nic się nie zmieniło panie redaktorze w relacjach, wojna też tego nie zmieniła i nie zmieni, bo naród ukraiński będzie zawsze robił swoje i szczególnie źle życzył Polsce.
I to nie prezydent Zełeński tam rządzi tylko elity, oligarchowie, wpływy izraelskie (pseudo amerykańskie), fundusze inwestycyjne i bankierzy.
Bo tak jak podczas II WŚ to banki czyli Ci wcześniej wspomniani najwięcej na wojnie zyskują tak samo poprzez ten wywołany konflikt zyskają podobnie najwięcej.
Zełeński robi to co mu każą robić. Robiłby to i Poroszenko i inni. Ukraińcy to jest taki niestety naród, mieszanka wszystkich tych wpływów i nacji coś co próbują też powoli wprowadzić w Polsce, wymieszać maksymalnie naród, tradycje, kulturę takie multikulti. Takie coś czym można łatwo sterować a Polaczki nie widzą że to doprowadzi do tragedii.
Ktoś Panu zarzuci że jest Pan stronniczy w tym artykule pewnie tak jest, dziwi się Pan tym co się wyprawia. Mnie to nie dziwi, czekałem dnia kiedy Ukraińcy stwierdzą że my im nie pomogliśmy, nic nam nie zawdzięczają, żadnego sprzętu wojennego od nas nie dostali, Starlinki to sami załatwili itd. Przyszedł ten moment szybciej niż się spodziewałem a to jeszcze nie koniec. Poczuły elity że Polska już niepotrzebna, odbudowa też przejdzie nam koło nosa. Tylko szkoda Polaków, nie tych w rządzie bo oni to się nigdy nie wygrzebią z wewnętrznych wojenek, szkoda tych zwykłych nas Polaków – którzy czują się oszukani…