Przejdź do treści

1500 kilometrów kajakiem w 53 dni

53 dni, ok. 1500 km, polskie wybrzeże Bałtyku, Zalew Szczeciński, Zalew Wiślany, rzeki, jeziora i powrót do Wałcza. Ireneusz Matysek zrobił dokładnie to, co zapowiadał kilka miesięcy wcześniej. Tyle, że po drodze morze kilka razy przypomniało mu, że w tej

Marcin Koniecko
Marcin Koniecko
Aktualizacja: ~4 min czytania 0 komentarzy

53 dni, ok. 1500 km, polskie wybrzeże Bałtyku, Zalew Szczeciński, Zalew Wiślany, rzeki, jeziora i powrót do Wałcza. Ireneusz Matysek zrobił dokładnie to, co zapowiadał kilka miesięcy wcześniej. Tyle, że po drodze morze kilka razy przypomniało mu, że w tej wyprawie… nie on rozdaje karty.

Pomysł był prosty: z Wałcza dotrzeć kajakiem do Zalewu Szczecińskiego, stamtąd do Świnoujścia i dalej kajakiem wzdłuż całego polskiego wybrzeża. Przez Kołobrzeg, Darłowo, Ustkę, Łebę i Władysławowo. Następnie Zatoka Gdańska, Gdańsk, Mierzeja Wiślana i Zalew Wiślany. A potem zwrot na południowy zachód i powrót do Wałcza systemem rzek, jezior i innych dróg wodnych Pomorza.

– Wyprawą żyłem cały czas, bo to mój klimat, a kilometry nie były priorytetem – opowiada 68-letni Ireneusz Matysek z Wałcza. – Podsumowania robiłem często w nocy, gdy nie mogłem spać. Lubię samotne wyprawy, bo dają dużą niezależność i wolność w podejmowaniu decyzji: kiedy wstać, kiedy jeść, kiedy zrobić przerwę, gdzie i kiedy spać. Nie mam rezerwacji pokoju. Mam namiot i nocuję, gdzie chcę: przy morzu, jeziorze, rzece, na wyspie czy w lesie.

To właśnie wolność jest chyba najlepszym słowem opisującym jego podróże. Podczas przepływania polskiego wybrzeża były momenty, gdy fala rosła, a każdy kolejny kilometr oznaczał coraz większe ryzyko. Pan Irek płynął sam. Bez drugiego kajaka obok, bez łodzi asekuracyjnej, bez kogoś, kto w razie wywrotki mógłby natychmiast pomóc. I właśnie wtedy pojawiała się najważniejsza decyzja całej wyprawy: płynąć dalej czy odpuścić?

– Najtrudniej było znaleźć granicę podjęcia decyzji, że dalej się nie da, bo ryzyko jest za duże. Jestem sam na wzburzonym morzu, wokół nikogo nie widać, a jeśli fala mnie wywróci, nie będę w stanie dociągnąć kajaka do brzegu, bo silny prąd morski ciągnie w głąb morza – dodaje. – Były takie momenty, kiedy myślałem: „dalej już nie płynę”. Ale czasami mówiłem sobie: jeszcze kilometr, za cyplem może być spokojniej. I rzeczywiście tak bywało.

Spośród całej trasy właśnie przepłynięcie linii brzegowej polskiego Bałtyku było dla pana Irka najbardziej wzruszającym momentem. Nie dlatego, że było najdłuższe, ale dlatego, że było nieprzewidywalne.

– Najbardziej wzruszyło mnie przepłynięcie kajakiem turystycznym linii brzegowej polskiego wybrzeża. To, że dałem radę. A było to bardzo niebezpieczne. Gdybym miał zawrócić, nie miałbym z tym problemu, bo natura i warunki atmosferyczne tutaj rządzą – podkreśla. – Natychmiast po powrocie byłem gotów odwrócić kajak i zrobić tę trasę jeszcze raz w drugą stronę. Byłaby to przecież zupełnie inna przygoda. Musiałem się jednak ugiąć pod naciskiem rodziny.

Trudno o bardziej charakterystyczne podejście do podróżowania. Po 1500 kilometrach człowiek powinien być zmęczony samą myślą o ponownym wejściu do kajaka, ale Pan Irek to w końcu „wałecki komandos”. Przypomnijmy, wcześniej przepłynął Wisłę pod prąd, objechał Polskę rowerem i przeszedł dwa główne szlaki górskie. Łącznie pokonał już ponad 5000 kilometrów. 68 lat to dla niego nie jest argument za koniecznością zwolnienia tempa. Aktywność zresztą towarzyszy mu od dzieciństwa. W piwnicy urządził kiedyś własną siłownię, wykorzystując puszki zalane betonem jako obciążenie. Później była kulturystyka, wspinaczka, a w ostatnich latach biegi przeszkodowe OCR. Ma około 400 medali (w jednym roku zdobył ich 74). Zdarzało się, że po sobotnim nocnym biegu pokonywał samochodem 400 km, żeby następnego dnia wystartować w kolejnych zawodach. Na emeryturze po prostu dostał więcej czasu na robienie tego, co zawsze lubił.

– Kilometry to tylko dane do raportu. Ważniejsze jest przekazać społeczeństwu, że jak się chce, to wszystko można osiągnąć. Nie chodzi tylko o mnie. Jeżeli ktoś po obejrzeniu mojej wyprawy pomyśli: „Skoro on może, to może ja też spróbuję”, to dla mnie jest to ważniejsze niż kolejnych sto czy dwieście kilometrów” – podkreśla.

I chyba dlatego jego wyprawy nie kończą się w momencie dopłynięcia do Wałcza. Zostają przecież jeszcze opowieści, zdjęcia, spotkani ludzie i pytania, które pojawiają się niemal zawsze: „Co teraz?”.

Zdjęcia z archiwum Pana Irka.

Powiązane artykuły

Komentarze

Dołącz do dyskusji.

Badz pierwsza osoba, ktora skomentuje ten artykul.

Dodaj komentarz

Twoj adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola oznaczone * sa obowiazkowe.